wtorek, 25 kwietnia 2017

W.G. Sebald o bibliotecznych gmachach

Ostatnim razem wspomniałem opis nowej siedziby francuskiej Bibliothèque Nationale w książce W.G. Sebalda Austerlitz. Przytaczam go poniżej. Bohater powieści, zupełnie jak ci, którzy tęsknią za dawnym gmachem BUWu, odczuwa nostalgię wobec starej siedziby przy rue Richelieu, gdzie lampy o porcelanowych, zielonych kloszach dawały dobre, kojące światło oraz niechęć do nowego budynku-molocha rodem z SF, w którym wszystkie jego niepokoje i lęki się wzmagają. W powieści, której głównym motywem jest poszukiwanie korzeni i próba odbudowania więzi między teraźniejszością, a odebraną przeszłością, to zestawienie ma również sens metaforyczny. Austerlitz w końcu stwierdza, że w nowej siedzibie nie ma szans na odnalezienie świadectw dotyczących jego ojca. Sebald o tym nie pisze, ale stara siedziba biblioteki przy rue Richelieu nie została jednak odebrana czytelnikom, i przerobiona na co innego. Na przykład jak BUW, na sale wykładowe. Od kilku lat podlega gruntownemu remontowi i część sal właśnie niedawno, w marcu 2017, została udostępniona zwiedzającym i czytelnikom. W odnowionym kompleksie przy rue Richelieu będą udostępniane zbiory specjalne jak rękopisy czy starodruki. Więcej informacji można znaleźć na stronie internetowej Bibliothèque Nationale.


„Jak może mi wiadomo – podjął swoją opowieść Austerlitz przy naszym następnym spotkaniu w brasserie Le Havane – w coraz bardziej z biegiem lat podupadającej strefie na lewym brzegu, gdzie swego czasu wraz z Marie de Verneuil oglądał niezapomniane widowisko cyrkowe, tymczasem zbudowano nową Bibliotekę Narodową nazwaną imieniem prezydenta Francji. Starą bibliotekę przy rue Richelieu, mówił Austerlitz – zamknięto, o czym niedawno sam mogłem się przekonać; sala pod kopułą z lampkami o zielonych porcelanowych kloszach, które dawały takie dobre, kojące światło, stoi pusta, z ciągnących się dookoła wzdłuż ścian regałów zabrano książki, a czytelnicy, którzy kiedyś siedzieli przy pul-pitach zaopatrzonych w emaliowane szyldziki z numerami, w fizycznym kontakcie z sąsiadami i w milczącej komitywie ze swymi poprzednikami, jak gdyby rozwiali się w chłodnym powietrzu. Nie sądzę – mówił Austerlitz – aby wielu z bywalców starej czytelni decydowało się na wyprawę do nowej biblioteki przy Quai François Mauriac. Kto nie chce korzystać z tych sterowanych widmowym głosem pociągów bez motorniczego, dojeżdżających do stacji na smętnej ziemi niczyjej, gdzie rozmościła się biblioteka, musi przy Place Valhubert przesiąść się na autobus albo też ostatni, przeważnie bardzo wietrzny odcinek trasy wzdłuż rzeki przebyć pieszo, aż dotrze pod monumentalny gmach, jawnie natchniony prezydencką wolą uwiecznienia własnej osoby, za to, jak stwierdziłem od razu przy pierwszej bytności – mówił Austerlitz – zewnętrznymi rozmiarami i wewnętrznym układem odpychający oraz nieliczący się z potrzebami prawdziwych czytelników. Przybywając od strony Place Valhubert, stajemy u stóp schodów, które okalają cały zespół na długości łącznie trzystu metrów, po sto pięćdziesiąt z obu stron kąta prostego, jaki tworzy zbieg ulic, zrobione są z niezliczonych rowkowanych płyt utwardzonego drewna i przypominają podstawę zikkuratu. Wspiąwszy się po blisko pięćdziesięciu wąskich i stromych stopniach, co nawet dla młodszych jest nie lada wyczynem – mówił Austerlitz – znajdziemy się na porażającej wzrok, wyłożonej tymi samymi rowkowanymi deskami esplanadzie, o powierzchni z grubsza dziewięciu boisk piłki nożnej, rozpostartej między czterema wieżami narożnymi, po dwadzieścia dwa piętra każda. Zwłaszcza gdy, co często się zdarza – mówił Austerlitz – po całej niczym nieosłoniętej płaszczyźnie hula wiatr z deszczem, człowiek ma poczucie, że przez pomyłkę trafił na pokład „Berengarii” czy innego transoceanicznego kolosa, i wcale nie byłby zdziwiony, gdyby nagle, przy dźwiękach tyfonu, panorama miasta Paryża zaczęła się podnosić i opadać w stosunku do poziomu wież, w rytmie prującego fale parowca, albo gdyby jedną z drobnych postaci, które nierozważnie wypuściły się na pokład, podmuch wichury zmiótł przez burtę i rzucił gdzieś w odmęty Atlantyku. Same cztery szklane wieże, którym – mówił Austerlitz – w duchu powieści s.f. nadano nazwy La tour des lois, La tour des temps, La tour des nombres i La tour des lettres, robią na tym, kto prześlizguje się wzrokiem po fasadach i w duchu sonduje przeważnie jeszcze pustą przestrzeń za spuszczonymi roletami, iście babilońskie wrażenie. Gdy po raz pierwszy stanąłem na pokładzie spacerowym nowej biblioteki – mówił Austerlitz – upłynęło trochę czasu, nim wypatrzyłem miejsce, skąd po ruchomej taśmie można dostać się na dolną kondygnację, to jest w rzeczywistości na parter. Ten zjazd, jeśli zważyć, że właśnie z trudem wspięliśmy się na pokład, wydał mi się od razu czymś absurdalnym, co najwyraźniej, bo żadne inne wyjaśnienie nie przychodzi mi do głowy – mówił Austerlitz – wymyślono specjalnie, aby czytelnika skonfundować i upokorzyć, zwłaszcza że kończył się u na oko prowizorycznych, w dniu mojej pierwszej wizyty w tym miejscu zamkniętych na łańcuch przesuwanych drzwi, gdzie na wpół umundurowani ochroniarze przeprowadzali rewizję osobistą. W wielkim hallu, do którego następnie się wchodzi, na podłodze wyłożonej dywanem rdzawej barwy porozstawiano w sporej odległości jedno od drugiego parę niskich siedzisk, wyściełanych ław bez oparcia i składanych zydelków, na których można się tylko uplasować z kolanami na wysokości głowy, toteż moją pierwszą myślą na ten widok było – mówił Austerlitz – że te pojedynczo albo grupkami przycupnięte postaci odpoczywają tu w ostatnich promieniach słońca w drodze przez Saharę albo przez półwysep Synaj. Rozumie się samo przez się, że z czerwonego przedsionka Synaju – ciągnął Austerlitz – nie można tak po prostu wejść do wewnętrznego bastionu biblioteki; trzeba najpierw w punkcie informacyjnym, obsługiwanym przez pół tuzina dam, wyłożyć swoją sprawę, po czym, jeżeli sprawa ta choćby o włos wykracza poza najprostsze przypadki, należy, podobnie jak w urzędzie podatkowym, pobrać numerek i często czekać pół godziny albo i dłużej, nim kolejny funkcjonariusz poprosi nas do oddzielnej kabiny, gdzie następnie, jak gdyby chodziło o kwestie wybitnie drażliwe, a w każdym razie wymagające dyskrecji, petent może wyjawić swoje dezyderaty i otrzymać stosowne instrukcje. Mimo takich środków kontroli udało mi się wreszcie – mówił Austerlitz – zająć w nowo otwartej czytelni ogólnej pod nazwą Haut de Jardin miejsce, na którym potem całymi godzinami i dniami przesiadywałem i, nieobecny duchem, jak to teraz mam w zwyczaju, wyglądałem na wewnętrzny dziedziniec, na ów dziwny, niejako wycięty z powierzchni pokładu spacerowego i opuszczony o dwie – trzy kondygnacje w dół rezerwat przyrody, gdzie posadzono ze sto wyrośniętych pinii parasolowych, sprowadzonych nie wiem jakim sposobem – mówił Austerlitz – z Foret de Bord tutaj, na wygnanie. Patrząc z pokładu na rozłożyste szarozielone korony drzew, które być może roją jeszcze o swojej normandzkiej ojczyźnie, człowiek ma wrażenie, że spogląda na pofałdowane wrzosowiska, z czytelni natomiast widać tylko upstrzone rudymi plamami pnie, które, acz zamocowane stalowymi linami, w wietrzne dni kołyszą się lekko, trochę jak rośliny w akwarium. Niekiedy w snach na jawie, którym oddawałem się w czytelni – mówił Austerlitz – zdawało mi się, że na linach przeciągniętych ukosem od ziemi do szpilkowego stropu widzę cyrkowców, którzy z wibrującymi u końców drążkami dla utrzymania równowagi posuwają się krok po kroku w górę albo że przemykają po nich, zawsze na granicy widzialności, owe dwie wiewiórki, wedle apokryficznej historii, która dotarła do moich uszu, wypuszczone tu w nadziei, że będą się rozmnażały i utworzą w tym sztucznym gaju piniowym liczną kolonię dla rozrywki podnoszących niekiedy wzrok znad książki czytelników. Wielekroć też zdarzało się – mówił Austerlitz – że ptaki, które zabłąkały się do bibliotecznego lasu, leciały prosto pomiędzy gałęzie drzew odbitych w szybach czytelni i, po odgłosie głuchego uderzenia, padały bez życia na ziemię. Przesiadując w czytelni, dużo rozmyślałem – mówił Austerlitz – nad tym, jak takie, przez nikogo nieprzewidziane zajścia, śmiertelny upadek jednej istoty, która zboczyła ze swej naturalnej trajektorii, podobnie jak wciąż zachodzące w elektronicznej aparaturze informatycznej zjawiska paraliżu, mają się do kartezjańskiego planu ogólnego Biblioteki Narodowej, i doszedłem do wniosku, że w każdym ułożonym przez nas i zrealizowanym projekcie decydującą rolę odgrywa skala wielkości i stopień złożoności wpisanych w ten projekt systemów przekazu informacji i sterowania, a zatem wszechogarniająca, absolutna perfekcja zamysłu w praktyce może, ostatecznie zaś nawet musi pociągać za sobą chroniczny dysfunkcjonalizm i konstytucyjną chwiejność. Przynajmniej dla mnie – mówił Austerlitz – człowieka, co większą część swego życia poświęcił studiowaniu książek, w Bodleian, w British Museum i przy rue Richelieu czuł się jak u siebie w domu, ta nowa kolosalna biblioteka, która wedle stale dziś używanego, wstrętnego określenia ma być skarbnicą naszego utrwalonego na piśmie dziedzictwa, okazała się nieprzydatna przy poszukiwaniu śladów mego zaginionego w Paryżu ojca. Dzień w dzień konfrontowany z tymi, jak się zdawało, tylko zawadzającymi, coraz bardziej szarpiącymi mi nerwy urządzeniami, na jakiś czas odstawiłem swoje dociekania i zamiast tego pewnego ranka, kiedy z jakiejś przyczyny przypomniały mi się karmazynowe tomy w szafie bibliotecznej przy Szporkovej, zacząłem czytać nieznane mi dotąd powieści Balzaca (…)”

W. G. Sebald, Austerlitz, tłum. Małgorzata Łukasiewicz, WAB, Warszawa, 2007, (Seria: Don Kichot i Sancho Pansa).

Fotografia wykorzystana w tytule: Inauguration de nouvelles salles à la Bibliothèque nationale, Paris, Agence Meurisse, 1936, Źródło: gallica.bnf.fr / Bibliothèque nationale de France.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz