piątek, 29 czerwca 2018

Sen kamienia

Moim sąsiadom urodziło się kilka miesięcy temu dziecko. I jak to dziecko, płacze. Potrafi ryczeć kwadrans, dwa, a czasem i dłużej, i są momenty, że nic zdaje się nie być w stanie go uspokoić. Cienkie, wzniesione z pustaków ściany bloku działają niczym pudło rezonansowe, więc płacz dziecka sąsiadów towarzyszy mi stale od dłuższego już czasu. Dlatego czytając felieton Macieja Sieńczyka w „dwutygodniku” (znakomite są te felietony!) zatytułowany Moje obserwacje nad rozwojem rocznego dziecka zwanego Kruszynką, zwróciłem uwagę na następujący fragment: „Gdy pewnego razu dziecko płakało wyjątkowo długo i nie mogły go uspokoić nawet najczulsze przemowy matki, domyśliłem się, że ma świeżo w pamięci jakieś gigantyczne i przytłaczające struktury z czasów, gdy na równi z minerałami bujało w świecie przyrody nieożywionej. Tak samo ktoś, kogo cudem uratowano z przerębla, prześladowany jest przez sny pełne lodowych kryształów.”


Fragment ten wydał mi się doskonałym punktem wyjścia do pewnych rozważań natury filozoficznej. Zwróciłem się z nim do jednego z przyjaciół, ale nie wykazał on oczekiwanego przeze mnie zainteresowania. „Dzieciak pewnie ma kolki” – orzekł. A ponieważ jest to osoba bardzo doświadczona w rodzicielstwie, postanowiłem swe rozważania porzucić. Nie na długo jednak. Trafiłem bowiem na inne wyjaśnienie płaczu dziecka.

W jednym z listów do Krystyny Marek (17 czerwca 1946) Jerzy Stempowski pisze: „Szczerze współczuję Pani w pesymizmie. Chciałbym Panią jakoś pocieszyć i przypominam sobie jedną receptę. Za najsmutniejszą książkę świata uchodzi Lukrecjusza De rerum natura. Czytając ją schodzi się niejako na samo dno otchłani. U Lukrecjusza dzieci rodząc się płaczą, jak gdyby wiedziały już, co je czeka.” A zatem to nie wspomnienie, jak sugeruje Sieńczyk, egzystowania przed narodzinami wzbudza przerażenie i wywołuje płacz, lecz odwrotnie, u Lukrecjusza przyczyną jest właśnie samo powołanie na świat. Fragment De rerum natura wspomniany przez Stempowskiego (podaję za przekładem Edwarda Szymańskiego – O naturze wszechrzeczy, PWN, Warszawa, 1957, „Biblioteka Klasyków Filozofii”) brzmi:

Czemu natura w morzach i w krąg na ziemi żywi,
Ciągle mnożąc, ród zwierząt wrogi nam i straszliwy?
Czemu nam tyle chorób przynoszą pory roku?
Dlaczego śmierć wędrowna nigdy nie wstrzyma kroku?
Dziecko—jak na brzeg wyrzucony przez morskie fale
Rozbitek — leży nagie, nieme, pomocy wcale
Nie ma do życia, odkąd w męce je z matki łona
Wyda na świat natura sroga i niewzruszona.
Kwili więc na tej ziemi, na której mu wypadnie
Tyle boleści przeżyć, radości prawie żadnej.
(Księga V, 218-227)

Próbuję sobie przypomnieć swój płacz z wczesnego dzieciństwa i ewentualne jego powody. Oczywiście nic nie pamiętam. Wedle ustaleń współczesnej nauki, około siódmego roku życia z naszej pamięci niemal całkowicie zostają usunięte wszelkie wspomnienia z trzech pierwszych lat i jest to związane przede wszystkim z niebywale szybkim rozwojem mózgu. Jednocześnie okres ten, włączając weń życie płodowe, jest – jak przekonują naukowcy – absolutnie kluczowy dla naszego rozwoju intelektualnego i emocjonalnego, co – mam niejasne wrażenie – stawia pewne wyzwania psychoterapii, no bo jak docierać i ewentualnie modyfikować, coś, w co nie mamy żadnego wglądu i czego żadną miarą nie pamiętamy? Z dylematem tym zmagał się już Freud.

Ale jak to było jeszcze wcześniej? Czy jakaś – ujmijmy to tak – forma nas, istniała przed naszymi narodzinami? Co się z nią wówczas działo? Wydaje się, że ilość dotyczących tego problemu koncepcji powstałych w ramach różnych religii oraz systemów filozoficznych i wyrażonych w literaturze czy sztuce, wypada raczej skromnie, zwłaszcza w porównaniu z ilością wyobrażeń ma temat życia pozagrobowego i tego, co nas czeka po śmierci. „Skąd przychodzimy i dokąd zmierzamy” –  pierwszy człon tej frazy interesował ludzkość znacznie mniej, niż drugi i jest to poniekąd zrozumiałe.

Lukrecjusz w De rerum natura nic nam nie mówi o tym, co było przed narodzinami. Chrześcijaństwo po okresie wątpliwości i spekulacji z pierwszych wieków (św. Augustyn, Orygenes) wykształciło doktrynę, wedle której dusza jest stwarzana przez Boga w momencie narodzin. „Nie ma nawet chwili, – pisze o. Jacek Salij OP – w której by dusza istniała przed zaistnieniem ciała albo ciało czekało na przyjście duszy. Pan Bóg stwarza ludzką duszę nie gdzieś w zaświatach, ale jako Wszechobecny, (…) także we wnętrzu procesów biologicznych, przygotowujących powstanie ludzkiego ciała.” A zatem o bujaniu w świecie przyrody nieożywionej, wśród „gigantycznych i przytłaczających struktur” w chrześcijaństwie nie może być mowy.

Inaczej oczywiście do zagadnienia podchodzą religie Wschodu z ich doktryną reinkarnacji, ale także judaizm. Jedna z dawnych legend żydowskich zebranych przez Louisa Ginzberga (podaję za polskim wydaniem: Legendy żydowskie: Księga Rodzaju, przeł. Jerzy Jarniewicz, Warszawa, Cyklady, 1997), przypomina że wraz z duszą Adama Bóg stworzył od razu wszystkie dusze, wszystkich przyszłych pokoleń ludzkich. „Przebywają one w siódmym niebie, skąd za każdym razem gdy zachodzi taka potrzeba, Bóg ściąga je i łączy z ciałem człowieka”. Kiedy nastaje czas, w którym dusza opuścić ma łono i wyjść na świat, anioł, który się nią opiekuje mówi: „Nadszedł już czas, abyś wyszła na świat szeroki”. Dusza sprzeciwia się: „Dlaczegóż to chcesz, abym wyszła na świat szeroki?”. Anioł zaś odpowiada: „Wiedz, że tak jak ukształtowana zostałaś wbrew swej woli, tak narodzona będziesz wbrew swej woli i wbrew swej woli umrzesz, i wbrew swej woli zdasz rachunek ze swego życia przed Królem królów, Świętym, błogosławione niech będzie imię Jego”. Ale dusza nie chce opuścić swego miejsca. Wtedy anioł daje dziecku prztyczka w nos, gasi ogień nad jego głową i prowadzi je na świat wbrew jego woli. Dziecko natychmiast zapomina o wszystkim, co dusza jego ujrzała i czego się dowiedziała, i przychodzi na świat z płaczem, opuścić bowiem musi miejsce, które było dlań miejscem schronienia, ciepła i odpoczynku.” Znowu zatem, to nie wspomnienie preegzystencji sprzed narodzin wzbudza płacz dziecka, lecz odwrotnie – wywołuje go tęsknota za spokojnym bytowaniem duszy sprzed cielesnych narodzin.

Tu docieram do dzieła bardzo przeze mnie cenionego, tajemniczego poematu Aleksandra Wata zatytułowanego Pieśni Wędrowca z tomu Wiersze śródziemnomorskie z 1962 roku. „Uznawany – jak pisze Tomasz Żukowski – za dzieło ciemne, hermetyczne i erudycyjne, gdzie aluzje literackie mieszają się z wizjami symbolicznymi sięgającymi do najróżniejszych obszarów kultury. Oprócz odwołań do mitologii starożytnej, rozumianej jako źródło misteryjnej wiedzy tajemnej, znalazły się tam stylizacje biblijne, roztrząsania teologiczne, nawiązania do malarstwa renesansowego, romantyzmu niemieckiego i pieśni ludowych. W wąskim gronie specjalistów Wiersze śródziemnomorskie zaczęto traktować jak rodzaj frapującej hermeneutycznej łamigłówki, starano się przeniknąć poza „ciemną mowę”, aby odsłonić sens rozbudowanych obrazów.”

Wśród tych obrazów jest wizja pre-egzystencji w kamieniu, w mineralnym świecie przyrody nieożywionej. Bohater poematu „zbrzydzony wszystkim co żywe”, oddala się w świat kamieni. „Sam kamień śród kamieni. O, nigdy nie myślałem o kamieniu w słowach śmierci. Zawsze odczuwałem w nim serce, jego życia pulsowanie, i nie w strukturach wewnętrznych, które wprawiają w podziw gapiów, fotografów, mineralogów… Po prostu: serce kamienia. Po prostu: sny kamienia. Być w sercu kamienia – jak ja tego pragnąłem! (…) Być może dziecko ludzi, maleństwo ; gdy już nie jest palpitującą gąbką mięsa a jeszcze nie człowiekiem być może w jego oku przez mgnienie jest sen kamienia, nawet nie sen, odblask snu, snu oddalone i oddalające się echo. O jak ja pragnąłem być w myśli kamienia, być tym, co myśli jego myśl”.

Mamy więc tu wizję, znowu inaczej niż u Sieńczyka, nie wywołująca złych wspomnień i płaczu, lecz mającą jakąś moc kojącą. Zapewne dlatego, że nie jest to już wizja dziecka, lecz człowieka starego, stojącego u schyłku życia. „Wewnętrzne struktury kamienia” nie przytłaczają tu, lecz przeciwnie, wywołują dziwną tęsknotę. Bohater poematu wrzucony w świat doczesny, cielesny, „od zarania przeklęty, wygnany z kamienia”, pragnie do egzystencji kamienia powrócić – „jak ja pragnąłem dotykać myśli kamienia”. Znajdujemy tu też przeciwstawienie marnej, cielesnej kondycji (niczym z Lukrecjusza) – „krwią żywiony, poddany skażeniu, rozpadom, gniciu nasz mózg” – światu mineralnemu, nieożywionemu, kamieniowi, w którym „wszystko znaczące i czyste”. I wcześniej : „W sercu kamienia; bez skażenia, które przez nasze skażone żyły wchlapuje się w głąb naszych serc i wrasta czyniąc ją materią wskroś gnilną, poddaną wszelkim rozkładom”. Pojawia się tu perspektywa otwarcie religijna, bliska Watowi w jego powojennej twórczości. Bohater poematu w pewnym momencie stwierdza: „Jeśli jest Bóg. Tam jest. W sercu kamieni”.

W objaśnieniach, które autor dodał na końcu poematu znajdziemy informację o bezpośredniej inspiracji do tej poetyckiej wizji. Był nią krajobraz Préalpes de Grasse – regionu w południowej Francji: „Twarde wapienie z epoki wczesnojurajskiej; późniejsze nawarstwienia kredy, gipsu, piaskowca; namulenia morskie z epoki pliocenu. Tu i ówdzie obnażony profil falisty wielu formacji. Usypiska krzemieni, porowate bloki lawy wulkanicznej, skały metamorficzne, gnejsy żyłkowane czarną miką; niżej nawarstwienia numulityczne, miękki piaskowiec. Płaskorzeźba terenu wielorako urozmaicona w naocznie widzialnym stawaniu się, w nie-wykończeniu. Fałdy gór, zachodzące na siebie, żłobione przez labiryntowe jary i wąwozy potoków Siagne i Loup, otwartymi ku morzu pierścieniami okalają rozległe płaskowyża i niziny”.

Zachwyca mnie ta poezja geologicznej terminologii. Kilka lat temu wpatrywałem się w jurajskie nawarstwienia skalne, w mineralne struktury stromych klifów wybrzeża północnego Yorkshire. Ich zimny oddech przeszywał mnie dreszczem. Przez setki tysięcy lat nic się tam nie zmieniło, tylko pory dnia i roku następowały po sobie wśród krzyku mew i huku morskich fal. „Natura sroga i niewzruszona”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz