piątek, 27 lipca 2018

Bungo

Dziś w nocy będziemy patrzeć w niebo i oglądać całkowite zaćmienie Księżyca. O tym zaś, jak wiek temu patrzył w niebo Witkacy i co na nim oglądał, pisze w najnowszym Języczku uwagi Jan Gondowicz (Alcyone „Nowe Książki”, 7-8/2018). Czy witkacologiczne eseje Gondowicza ułożą się wreszcie w odrębny tom i pojawią w księgarniach? Liczę na to i trzymam kciuki. Tymczasem zaś przypomnę tutaj inny jego szkic, zatytułowany Wielkie Panjandrum, w którym Gondowicz wywodzi między innymi skąd Witkacy wziął swego Bunga. Otóż, wedle autora, inspiracją była mało znana wiktoriańska powieść satyryczno-fantastyczna zatytułowana Persetilla’s Posy, napisana w 1870 przez Toma Hooda (syna poety Thomasa Hooda), będąca parodią Pierścienia i róży Thackereya, . Rzecz dzieje się w fantastycznym królestwie Afanii (Aphania), które jest krainą do cna literacką, wszyscy tam piszą, przymiotniki znajdują się pod strażą i są wydzielane pisarzom w ramach dziennych limitów, etc. etc. No ale przede wszystkim występuje tam król Bungo. Witkacy jako dziecko uczył się, co nie było wówczas jeszcze powszechne ani modne, języka angielskiego i takie czytanki mógł rzeczywiście mieć. Świetne odkrycie, do którego dodam tu tylko skromne ad vocem.


Oto „Bungo” czy „bunga” mogło Witkacemu na przełomie wieków zabrzmieć z kilku miejsc. Pierwsze to Japonia. Mały Staś mógł na przykład oglądać jakiś atlas, czy podręcznik geografii i odczytywać dźwięcznie dla polskiego ucha brzmiące nazwy japońskich prowincji: Bingo, Higo, Tango czy właśnie Bungo. Mógł też przeglądać teczkę, tudzież album z rycinami tak wówczas modnych japońskich artystów i być może, kto wie, niektóre z nich były podpisane jako widoki właśnie z prowincji Bungo (jak poniższy obraz Utagawy Hiroshige). Stanisław Witkiewicz-ojciec miał przecież w drugiej połowie lat 90. XIX wieku okres fascynacji malarstwem Japonii, znał się z Feliksem Mangghą-Jasieńskim konsekwentnie promującym japońską sztukę wśród cyganerii Krakowa i Warszawy (vide drzeworyty Krzyżanowskiego dla „Chimery”, o których pisałem tutaj), więc i atlas i albumy mogły się znaleźć na jego biurku, czy w bibliotece i trafić w ręce małego Stasia. „Bungo” zatem gdzieś i stamtąd mogło się zagnieździć w jego pamięci.

Kilka lat później, w 1910 roku, angielskie gazety pisały natomiast o „bunga-bunga” za sprawą psikusa zrobionego Królewskiej Admiralicji przez Virginię Woolf, jej brata i kilku innych przyjaciół z późniejszej grupy Bloomsbury. Na ten temat jest już kilka obszernych tekstów w internecie, więc nie będę wchodził w szczegóły. Sprawa na pewno jakimś dalekim echem dotarła nad Wisłę. Czy wspomniały o niej polskie gazety? Trzeba by to sprawdzić, ale skoro Witkacy mowę Szekspira posiadł już w dzieciństwie, mógł czytywać angielską prasę i na “Daily Mirror” z 16 lutego 1910 roku całkiem prawdopodobnie mógł trafić. I znów „bung” „bungo”, „bunga” zadźwięczało mu w głowie. Kto wie czy właśnie wtedy nie zderzyło się z królem Bungiem pamiętanym z czytanej w dzieciństwie Persetilla’s Posy , bo kilka tygodni później zaczął pisać 622 upadki Bunga.

* * *

Trop japoński, o czym wzmiankuje Gondowicz (podobnie jak o hipotezie Daniela Geroulda, przytoczonej przez Annę Micińską wywodzącej Bunga od angielskiego słowa bung (czop, zatyczka od beczki), które pojawia się w Hamlecie), podsunął już wcześniej Wojciech Sztaba w „Pamiętniku Literackim” (nr 4/2002, dostęp tutaj) wskazując na jezuicką sztukę teatralną z XVIII o prześladowanym za wiarę misjonarzu Konstantynie z Bungo oraz przypominając, że „bungo” to także nazwa klasycznego japońskiego języka, jednego z dwóch języków pisanych, które kształtowały japońską kulturę literacką aż do współczesności.

Utagawa Hiroshige, Monosaki, prowincja Bungo,
1856, rycina z cyklu Sześćdziesiąt osiem
widoków z różnych prowincji, źródło: Wikipedia
Prowincje japońskie ok. 1600 roku, żródło: Wikipedia

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz