niedziela, 17 marca 2019

Domm

Dziś publikuję opowiadanie Marcela Schwoba zatytułowane Domm (Le Dom) w tłumaczeniu Jana Lorentowicza. Po Dziewicach Miletu i Opiumowej bramie, to ostatnie z trzech opowiadań, które znalazłem w polskich tłumaczeniach, i które nie weszły do zbioru Żywoty urojone i inne prozy, wydanego przez PIW w 2016 roku. Tym razem Schwob nas zabiera do starożytnych Indii i opowiada o pewnym bogatym radży, który postanowił zostać ubogim. Wątek zdradza pewne podobieństwa z mającą liczne wersje literackie chrześcijańską legendą o świętym Aleksym. Opowiadanie jest znakomite i schwobowskie do szpiku kości. Dwa słowa o tłumaczu i autorze wyboru, w którym Domm się znalazł, zatytułowanym Wybór nowel francuskich (Warszawa, Księgarnia T. Jezierskiego, 1902 – książka jest dostępna w Bibliotece Cyfrowej UMCS).


Jan Lorentowicz (1868-1940) był znanym swego czasu i wielce cenionym krytykiem literackim i teatralnym. Wśród jego licznych książek warto tu wymienić Nową Francję Literacką (Warszawa, 1911), w której jako pierwszy u nas pisał o twórczości Marcela Schwoba oraz wspomnienia zatytułowane Spojrzenie wstecz (Warszawa, 1935). Pięknie o ojcu pisała w swej książce Zauroczenia Irena Lorentowicz, co wzmiankowałem niedawno. Szczegółowy biogram Lorentowicza autorstwa Romana Taborskiego w „Polskim Słowniku Biograficznym” (t. XVII, 1972) jest już dostępny w wersji cyfrowej słownika. Jako ilustrację ponownie wykorzystałem winietę autorstwa Fernanda Siméona ze zbioru Cœur double w wydaniu Henri Jonquières (Paris, 1925) dostępnego w bibliotece cyfrowej Gallica.

* * *

Marcel Schwob

Domm
przełożył Jan Lorentowicz

Sakuli, trefniś pewnego Maharadży, który żył za panowania Yikramaditży, rzekł raz do niego:

- Panie, jak się zapatrujesz na życie?

- Cóż to za pytanie? – odpowiedział Radża. – Życie jest darem bogów; nie do nas należy je oceniać. Dają nam je i odbierają wedle swego upodobania, więc też każdy zadowala się własnym. Co do mnie, wielbię bóstwa, że mi pozwoliły żyć, aby czynić dobro.

- A czy sądzisz, że każdy człowiek, nawet z najniższej kasty, może być zadowolony z życia i czynić dobro? – mówił trefniś.

- Zapewne – tłumaczył Maharadża – jeżeli jest cnotliwy i wdzięczny bogom.

- Doskonale – rzekł Sakuli – jesteś wcieleniem siedmiu cnót.

Maharadża był nadzwyczajnie pobożny. Żywił niezmierną cześć dla świętych jasnowidzących. Nie pozwalał toczyć swego wozu po lasach pustelników i nie zabijał na polowaniu ich ulubionych antylop. Opiekował się fakirami, a gdy ich spotykał na drodze, pokrytych błotem i nieczystością, porośniętych trawą, która kiełkowała na ich ciele od lat dwunastu, obmywał ich nabożnie, ażeby, gdy się obudzą, mieli białe, czyste ciała i poszli rozsiewać po różnych krajach błogosławieństwo niebios.

Posiadał bogactwa tak niezmierzone, że nie znał ich liczby. Stoły jego służebników wykute były ze szczerego złota; łóżka służebnic – rżnięte w diamencie. Żona jego, Rani, gwiazdy miała na twarzy, a księżyce na rękach; jego syn był zbiorem łask niebieskich. Najdalsi królowie tłumami przybywali do niego, znosząc najcenniejsze dary swych krajów. Nie było w ziemiach jego ani tygrysów, ani diabłów, ani nawet Rachazów, co biorą na siebie postać ludzką i wśród nocy otwierają piersi i pożerają serca.

Lecz po tej rozmowie z trefnisiem Sakulim zapadł  Radża w czarną zadumę. Myślał o rolnikach, o robotnikach, o ludziach z kast niskich. Zastanawiał się, że dar życia tak nierówno podzielony został przez bogów. Roił sobie, że może prawdziwa pobożność nie zależy na tym, aby czynić dobro, będąc potężnym, ale na tym, żeby je móc sprawować, będąc maluczkim. I zapytywał samego siebie, czy pobożność wykwita jako ten kwiat olbrzymi ze złotego serca bogaczy, czy też rozwija się delikatnie, niby ów skromny kwiatek polny na glinianych sercach biedaków?

Wówczas zgromadził wszystkie swe książęta i uroczyście złożył oświadczenie. Wyrzekł się tronu i wszelkich jego przywilejów. Rozdał swe ziemie i grunta lenne; otworzył piwnice ze skarbami i porozrzucał je; worki ze złotem i srebrem porozrywał i kazał cisnąć pieniądze na place publiczne pomiędzy lud; kosztowne rękopisy swej biblioteki puścił z wiatrem. Wezwał swą żonę, Rani, i wyrzekł się jej wobec rady; musiała razem z synem wracać do kraju, z którego pochodziła. A gdy książęta, żona, dziecko i służący odeszli, ogolił głowę, zdarł bogate szaty, owinął się kawałem grubego płótna i własny pałac podpalił pochodnią. I buchnęły czerwone płomienie ponad drzewa rezydencji królewskiej. Słychać było trzask inkrustowanych sprzętów i komnat z kości słoniowej; przetykane drogimi kamieniami makaty zwieszały się czarne i popalone.

Tak to odszedł Radża przy blasku swych skarbów. Chodził od słońca do słońca, od księżyca do księżyca, aż mu sandały z nóg pospadały. Więc poszedł dalej boso po cierniach i krwawił swe stopy. Zwierzęta pasożytne, co żyją z łaski Bożej na korach drzew i powierzchni liści, weszły mu pod skórę podeszw i wywołały spuchnięcie. Nogi jego stały się podobne do napełnionych bukłaków, które ciągnął za sobą, pełzając na kolanach. Oskrzydlone zwierzątka, takie maleńkie, że trudno je widzieć, bo żyją w powietrzu, pospadały z deszczem na jego głowę. Włosy Radży zlały się w bolesne kołtuny, a skóra na czaszce wzdęła się od ran i błyszczących guzów. I całe jego ciało krwawiło od bydlątek ziemi, wody i powietrza, które w nim zamieszkały.

Ale Maharadża znosił cierpliwie wolę bogów, wiedząc dobrze, iż wszystko, co oddycha, posiada duszę i że nie trzeba zabijać, ani morzyć głodem istot żyjących. Chociaż sam cierpiał straszliwie, uczuwał jednak litość dla wszystkich dusz, co go otaczały.

- Zaiste – mówił sobie – nie jestem jeszcze fakirem; poświęcenie powinno być trudniejszym i walka okropniejszą. Wyrzekłem się bogactw, i żony, i syna, i zdrowia; czegóż potrzeba jeszcze, aby osiągnąć uczucie litości, kwitnące w sercu biedaka?

Nigdy Radża nie pomyślał, że jednym z największych dóbr ziemskich jest wolność. Gdy mu to przyszło do głowy, spostrzegł, że wolność jest przywilejem królów tego świata i że musi jej się wyrzec, aby dojść do prawdziwej pobożności. Postanowił sprzedać się pierwszemu biedakowi, którego napotka. Idąc przez czarną okolicę, gdzie ziemia była tłusta i wilgotna, gdzie ptaki niebieskie zataczały kręgi i chmurą spadały na dół, ujrzał Maharadża nad czarnym stawem lepiankę z gałęzi i błota, najnędzniejsze dzieło rąk ludzkich. U wejścia stał kolorowy stary człowiek o brudnej brodzie i krwawych oczach; ciało miał pokryte mułem i wodnymi roślinami, a całą powierzchowność wstrętną i nieczystą.

- Kto ty jesteś? – zapytał biedny król, pełzając na rękach i kolanach.

Usiadł koło lepianki, wyciągnął swe spuchnięte nogi i oparł o ścianę olbrzymią głowę.

- Jestem Domm – odrzekła nieczysta istota. – Pochodzę z niskiej kasty; rzucam ciała umarłych, które mi przynoszą do tego stawu; za trupy dorosłych i płacą mi po rupii, za ciała dzieci po osiem annasów. Ludzie bardzo biedni dają mi kawałek materii.

- Dobrze – rzekł Radża – sprzedam się tobie, czcigodny Dommie.

- Niewiele wart jesteś – mówił topiciel – ale kupię cię za tę oto szczyptę złota. Możesz mi się przydać, gdy gdzie odejdę na chwilę. Siądź sobie tu, jeżeli masz chore nogi, obmaż je błotem; jeżeli ci głowa puchnie, pokryj ją wodnymi liśćmi, a będzie ci lepiej. Jak widzisz, jestem bardzo biedny. Oddałem ci ostatnią uncję złota, aby mieć w tobie towarzysza, bo samotność jest straszną, a w nocy budzą mnie szczękania paszcz krokodylowych.

Pozostał Radża u Domma. Żywili się jagodami i korzonkami, bo rzadko mieli trupa do utopienia. A ludzie, przychodzący do stawu Domma, byli tacy nędzarze, że najczęściej mogli dać tylko kawałek materii, lub osiem annasów. Ale Domm był bardzo dobry dla Radży, opatrywał mu okropne rany, jakby spełniał zwyczajny obowiązek.

I oto nastał w państwie czas wielkiego urodzaju. Niebo było błękitne, drzewa obsypane kwieciem. Ludzie nie chcieli wcale umierać. Domm jęczał z głodu, na pół zakopany w zeschłe błoto. Ujrzał wówczas Radża nad stawem starą kobietę, niosącą ciało chłopca. Serce Radży żywiej zabiło: poznał syna, swego syna, który umarł. Ciało było chude i bezkrwiste; żebra wystawały spod skóry; policzki syna Radży były zapadłe i ziemiste, znać było, że umarł z głodu. Rani poznała króla i pomyślała:

- Utopi trupa swego syna bezpłatnie. Nieszczęsny Radża powlókł się na kolanach do wychudzonego ciała syna i płakał nad jego głową. Potem uczuł litość nad Dommem i powiedział do Rani:

- Musisz mi dać osiem annasów za utopienie mego syna.

- Jestem biedna – odrzekła Rani – nic dać nie mogę.

- Trudno – mówił Radża – idź, nazbieraj ryżu. Ja tu strzec będę ciała swego syna.

Ziarnko po ziarnku przez siedem dni zbierała Rani ryż, aby zarobić osiem annasów, a Radża wciąż płakał nad synem. A gdy dostał pieniądze, utopił ciało syna w czarnym stawie i oddał pieniądze Dommowi, aby go zbawić od śmierci głodowej. I wówczas oślepiający blask zapłonął przed jego oczyma: ujrzał, że teraz osiągnął najwyższy stopień poświęcenia i prawdziwą litość biedaka. Potem wszedł do zarośli i pogrążył się w modlitwie… Bóg uczynił go nieruchomym. Wiatr pokrył go ziemią, trawa wyrosła na jego ciele; oczy wypłynęły mu z orbit, a dzikie ziela zakiełkowały w jego czaszce. Wyschłe muskuły jego rąk, wzniesionych ku niebu, były jak zeschłe badyle, owinięte około martwych gałęzi. Tak król dostąpił wiecznego spoczynku.

* * *

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz