poniedziałek, 19 kwietnia 2021

Zupa z kamienia i piórko sójki

W drugiej części zbioru Wyjechali narrator, który, jak to zwykle u Seblada, stanowi w znacznym stopniu alter ego autora, opowiada historię Paula Bereytera, swego nauczyciela z dzieciństwa. Jako dorosły dowiaduje się o jego samobójczej śmierci i wiedziony jakimś osobistym, nie do końca jasnym impulsem podejmuje próbę odtworzenia jego losów, wplatając w powstającą opowieść swoje własne wspomnienia. Jedno z nich dotyczy wczesnych lat szkolnych. Narrator przypomina sobie, że Bereyter był zażartym antyklerykałem, miłośnikiem pieszych wędrówek i zwolennikiem ruchu na świeżym powietrzu, a także nauczycielem niekonwencjonalnym, nie trzymającym się sztywno programu i narzuconych przez władze edukacyjne reguł. „Nigdy nie przerabialiśmy – wspomina narrator – czytanek przewidzianych dla trzeciej i czwartej klasy szkoły powszechnej, bo Paul uważał je za śmieszne i zakłamane, a czytaliśmy niemal wyłącznie „Nadreńskiego Przyjaciela Domowego”, którego sześćdziesiąt egzemplarzy Paul sprowadził, jak przypuszczam na własny koszt. Wiele zawartych tam opowieści, na przykład o potajemnej dekapitacji, wywarło na mnie najżywsze, do dziś niezatarte wrażenie, ale przede wszystkim zapamiętałem – sam nie wiem dlaczego – słowa, które sprytny pielgrzym w gospodzie „Pod Berłem Bazylei” wypowiada do karczmarki, mianowicie: „Jeśli wrócę, przywiozę wam świętą muszlę z plaży Askalonu, albo różę jerychońską.”

Wielokrotnie się przekonałem, że pojawiające się w fabułach książki, czasopisma, gazety, albumy, obrazy czy ryciny, rzadko są bez znaczenia, rzadko stanowią jedynie źródło przypadkowego cytatu, albo jeden z wielu rekwizytów świata przedstawionego. Tak jest i tutaj. „Nadreński Przyjaciel Domowy” (Der Rheinländische Hausfreund) był ilustrowanym kalendarzem ludowym wydawanym w Baden w latach 1807-1834. Jego redaktorem i głównym autorem publikowanych w nim tekstów był teolog protestancki, pisarz i poeta Johann Peter Hebel (1760-1826), który przejął i rozwinął wydawany od połowy XVIII wieku „Kalendarz Badeński” (Badische Landkalender) nadając mu formę artystyczną, która zyskała później uznanie takich gigantów literatury niemieckojęzycznej jak Goethe, Jean Paul, Kafka czy Walter Benjamin. Kilka dekad po śmierci Hebela, w 1881 „Nadreński Przyjaciel Domowy” został reaktywowany i ukazywał się aż do 1942 roku. Dla podkreślenia ciągłości wydawniczej tradycji oraz zasług Hebla dodano doń podtytuł „Aechter Hebelkalender” oraz wzmiankę „Od założenia przez J.P. Hebla lat 95”. To zapewne któryś z przedwojennych roczników sprowadził dla uczniów Paul Bereyter.

Zdanie, które zapamiętał narrator Wyjechali pochodzi z krótkiego opowiadania Hebla Sprytny Pielgrzym (Der schlaue Pilgrim) zamieszczonego w kalendarzu na rok 1811. Jest to wersja znanego w całej Europie, od tawern Portugalii po karczmy galicyjskich sztetli, motywu zupy z kamienia. Oto utrzymujący, że zdąża z pielgrzymką do Jerozolimy mnich wchodzi do karczmy (u Hebla jest to gospoda o nazwie „Pod Berłem Bazylei”), wyciąga zza pazuchy kamień i prosi gospodynię o możliwość ugotowania z niego zupy. Zdziwiona karczmarka się zgadza i zaintrygowana przygląda się, jak pielgrzym zabiera się do pichcenia, umieszczając kamień w garze z wodą na piecu. „Ale jak to, jak to, co to będzie za cienka zupa?!” – krzywi się karczmarka. Sprytny pielgrzym skwapliwie się z nią zgadza, „no faktycznie, cienka”; sugeruje więc, żeby może dorzucić do gara trochę masła (smalcu, czy oliwy – zależnie od zwyczajów kulinarnych regionu, w którym opowieść jest snuta). Gospodyni wyciąga osełkę masła, ale dalej jest sceptyczna, no bo jak to tak, zupa bez jarzyn? Kucharz znów przyznaje rację i tak po kolei do gara trafiają wyciągnięte przez karczmarkę ze spiżarni: kasza, ziemniaki, fasola, kawałki mięsa, przyprawy i zupa gotowa. Pielgrzym zasiada do posiłku, zaprasza gospodynię, a ta się nie może nadziwić, że z kamienia daje się ugotować taki rarytas.

Poczciwa ta opowiastka stanowi część pewnej tradycji, pewnego świata, z którym Sebald czuł, jak sądzę, głęboką więź. Zdanie kończące opowiadanie Hebla, zgodnie z tajemnym mechanizmem pamięci („zapamiętałem – sam nie wiem dlaczego”) stanowi tutaj klucz, czy też zaklęcie otwierające drzwi do tego świata. Sebald przybliża go w eseju poświęconym Heblowi zamieszczonym w zbiorze Logis in einem Landhaus (1998). Już na początku przywołuje wspomnienie osobiste, pisząc, że twórczość Hebla powraca doń za każdym razem, gdy przypomina sobie swego dziadka, który po pierwsze mówił niemczyzną wziętą jakby prosto z „Nadreńskiego Przyjaciela Domowego”, a po drugie, co roku kupował „Kalendarz Kemtera” (Kemter Almanac) wydawany od drugiej połowy XVIII wieku kalendarz ludowy i zaznaczał w nim ołówkiem daty imienin krewnych i przyjaciół, odnotowywał pierwszy przymrozek i pierwszy śnieg, znaczniejsze burze i wichury oraz wpisywał przepisy na Wermut lub nalewkę z goryczki.

To ciekawe, że Sebald, którego twórczość wypełniona jest obrazami katastrofy, ruiny i klęsk, ciągłego – jak to ujął Adam Lipszyc – nawarstwiania się efektów rozpadu oraz przysłonięta cieniem Zagłady, tutaj sięga nieśmiało do czegoś na kształt mitu arkadyjskiego. W eseju Gdzie ciemność zaciska stryczek poświęconym Thomasowi Bernhardowi, Sebald zauważa, że „radykalna krytyka kultury skłonna jest szukać bezpiecznego rezerwatu dla swoich emocji w wyidealizowanym wyobrażeniu dawnych czasów albo w wyobrażeniu wolnej natury”. Do tych dwóch dróg dodać by można jeszcze jedną – fascynację utopią. O ile Sebald jest daleki od tej ostatniej, podobnie jak od kultywowania mitu natury, o tyle zdarza mu się, jak właśnie w tym przypadku, nieśmiało zanurzyć się w „wyobrażenie dawnych czasów”.

W eseju o Heblu mamy bowiem zasygnalizowaną pewną wizję dobrego życia. Wiejski kalendarz jawi się jako symbol świata nie skażonego nowoczesnością, wiejskiego bytowania zgodnego z rytmem przyrody i cyklem pór roku, staje się wehikułem, który doń przenosi. Gdy Przemysław Czapliński pisze, że „depresyjny charakter prozy Sebalda na tym polega, że nie ma tu skrawka życia, któremu nowoczesność by odpuściła. Państwa w Afryce i Ameryce Południowej wyniszczone przez kolonializm, stosy trupów w Europie, zgładzone gatunki zwierząt czynią z kuli ziemskiej wielkie cmentarzysko, po którym – nieświadomi stanu rzeczy – błąkają się dzisiejsi ludzie”, to oczywiście w ogólności ma rację, nie uwzględnia jednak tych krótkich, nieśmiałych wycieczek pisarza w wyidealizowaną przeszłość, gdy pośród niezliczonych „znaków katastrofy”, by przywołać tytuł tomu studiów, z którego tekst Czaplińskiego pochodzi, pojawiają się „spacje ocalenia”. A Sebald pisze wprost: „Nigdzie nie znajduję wizji harmonijnego świata wyrażonej tak żywo, jak w tym, co Hebel pisze o uprawie drzew owocowych, dojrzewaniu pszenicy, ptasich gniazdach, czy różnych rodzajach deszczu.”

Ale równocześnie esej Sebalda można odczytywać jako próbę opowieści o alternatywnej drodze, jaką mogła potoczyć się historia Niemców. Czasy Hebla, przełom XVIII i XIX wieku, zarysowane są tu bowiem niejako w opozycji do Niemiec późniejszych, coraz bardziej owładniętych ideą Volku, zdążających w ciemne rejony nacjonalistycznej mitologii. Sebald sugeruje, że burżuazja niemiecka w XIX wieku nie doceniła obecnej w ludowym kalendarzu Hebla wizji lepszego świata, realizującego ideały pokoju, sprawiedliwości i tolerancji. Można zapewne tak to ująć, że Sebald przypominając „Nadreńskiego Przyjaciela Domowego” i twórczość Hebla wraca do swego dzieciństwa rozumianego jednostkowo, ale także widzianego metaforycznie, jako stanu pewnej niewinności niemieckiej kultury, stanu sprzed szaleństwa nazizmu.

Ważną rolę w tej wizji odgrywają Żydzi i ich miejsce w społeczeństwie i kulturze niemieckiej. Nie przypadkiem pisarz analizując szczegółowo język Hebla znajduje w nim na przykład elementy melodii języka jidysz. Nie przypadkiem też opisuje jaka była jego własna droga do odkrycia twórczości Hebla.

„W początkowych akapitach szkicu – pisze Magdalena Heydel – (…) Sebald zestawia siłę i skutki interpretacji dzieła Hebla pochodzących z jednej strony z kręgów narodowosocjalistycznych, a z drugiej – od Waltera Benjamina oraz Franza Kafki i Ernsta Blocha. Ci pierwsi sformatowali Hebla jako Heimatschriftstellera i zaprzęgli do swojej ideologicznej roboty. Jako pisarz „regionalny” i „ludowy” miał on zaświadczać o bliskości języka i ziemi, o głębszym poetyckim związku między mową a tożsamością. W takim samym duchu, stwierdza Sebald, o Heblu pisał w latach pięćdziesiątych Martin Heidegger w eseju Hebel – der Hausfreund. U Benjamina i pozostałych „pisarzy żydowskich z lat 1910-tych i 1920-tych”, jak ich określa Sebald, utwory Hebla przywołane są jako jeden z najczystszych przykładów prozy w historii języka niemieckiego. A jednak w starciu z głównym nurtem germanistyki mieli oni nikłe szanse, by praktycznie wpłynąć na powszechny odbiór pisarza. Niemniej, owa odmienna optyka ma fundamentalne znaczenie: przypominając sobie okres studiów we Fryburgu i dominującą narrację odziedziczoną po czasach narodowego socjalizmu, Sebald pisze w przywoływanym eseju: „zastanawiam się, jakże ponure i zniekształcone pozostałoby nasze spojrzenie na literaturę, gdyby pojawiające się stopniowo pisma Waltera Benjamina i szkoły frankfurckiej – która była wszak żydowską szkołą badającą mieszczańską historię społeczną i intelektualną – nie dostarczyły nam alternatywnej perspektywy. Ja w każdym razie, gdyby nie pomoc Blocha i Benjamina, nie zdołałbym pewnie wśród heideggeriańskich mgieł odnaleźć własnej drogi do Hebla”.

W twórczości Sebalda fascynujące jest to, jak różne wątki łączą się ze sobą i wiążą zagadkowymi, czasem trudnymi do uchwycenia, jedwabnymi, chciałoby się rzec, nitkami. Dla mnie wątek zasygnalizowany w opowiadaniu o Paulu Bereyterze i rozwinięty w eseju o Heblu, wiąże się też jakąś drobną, choć wyraźną nicią z innym fragmentem zbioru Wyjechali, mianowicie z opowieścią Luisy Ferber z części czwartej, traktującej o losach mieszkającego w Manchesterze malarza Maxa Ferbera.

Narrator, który trafia do tego ponurego, przemysłowego miasta w celu realizacji jakichś nie do końca sprecyzowanych badań naukowych czy prac pisarskich, poznaje Ferbera w jego pracowni podczas jednego ze swych długich i hipnotyzujących spacerów i wiąże się z nim dziwną, jak to u Sebalda, pełną niedomówień relacją, czymś na kształt przyjaźni. W drugiej części opowiadania dowiadujemy się więcej na temat wcześniejszych losów Ferbera i jego żydowskiej rodziny, która zginęła w Zagładzie. Tuż przed wybuchem wojny rodzicom udało się wysłać małego Maxa z Monachium do wuja Leona w Londynie, ocalając go. Sami jednak nie zdołali wydostać się z Niemiec. Po kolejnym spotkaniu z narratorem Ferber wręcza mu kopertę zawierającą kilka fotografii oraz około stu stron odręcznych zapisków, zrobionych, jak się okazuje, przez matkę w latach 1939-1941, tuż przed wywiezieniem do obozu.

W tych zapiskach Luisa Ferber, jak to określa narrator, „całą duszę wkłada” w opis swego dzieciństwa w dolnosaksońskiej wsi Steinach i młodości w Bad Kissingen. „Cała dusza” – to wyświechtane zdawałoby się sformułowanie, oddaje w pełni istotę rzeczy. Wspomnienie Luisy jest bowiem pisane jakby w uniesieniu, w zachwycie. Sebald używa w nim czasu teraźniejszego wzmacniając dodatkowo efekt unaocznienia, uobecnienia. Czytając czujemy się tak, jakbyśmy tam przed wiekiem byli z Luisą Ferber i szli „brzegiem Saali, porośniętym gęsto wierzbiną, olchami i trzcinami koło tartaku i mostkiem (…) do domku rybaka całkiem schowanego w zaroślach”, by kupić na kolację pół tuzina brzan. „Gdy dzisiaj, pisze Luisa, myślę o naszym dzieciństwie w Steinach, zdaje mi się nieraz, jak gdyby ten okres rozciągał się na czas nieograniczony w żadnym kierunku, a nawet jak gdyby trwał dalej, jeszcze w tych linijkach, które teraz piszę.”

Ale najważniejsze z punktu widzenia moich rozważań jest to, jak Luisa organizuje swoje wspomnienia. Bo oto okazuje się, że ich kośćcem, osią jest także kalendarz – rytm pór roku i świąt. Właściwy dziecku sposób doświadczania świata, w którym stałość i powtarzalność stanowią fundament nakłada się tu na sposób doświadczania świata rolników, dla których pisał Johann Peter Hebel oraz żyjących zgodnie z religijnym kalendarzem liturgicznym Żydów, mieszkańców Steinach. „Nadciąga jesień – opowiada Luisa Ferber – i jesienne ferie już blisko. Najpierw wypada Rosz Haszana, Nowy Rok.” Potem Dzień Pojednania i Święto Szałasów – „Franz ustawił pod krzakiem dzikiego bzu rusztowanie, a my ozdobiliśmy je girlandami z kolorowego błyszczącego papieru i długimi łańcuchami z nanizanych na nitkę owoców głogu. Z daszku zwisają czerwone jabłka, żółte gruszki i złotozielone winogrona.” Zbliża się zima, upolowanemu przez księcia regenta w pobliskich lasach dzikowi opala się szczecinę nad ogniskiem przed kuźnią. „Wyjmuje się zimowe rzeczy, pachną naftaliną.” Steinach przykrywa pierwszy śnieg, wkrótce wypada Chanuka. A potem, „ku wiośnie robi się porządki przed świętem Pesach”.

Opis dzieciństwa Luisy Ferber w Steinach jest po prostu, nie znajduję innego słowa, p i ę k n y. Pełen z czułością oddanych detali, opisów codzienności i atmosfery sielskości, ale jednocześnie z powodu cieni, które nad nim wiszą, także rozdzierająco smutny. „Czas. W jakim czasie to wszystko było? I jak wolno mijały wtedy dni! I kim było to obce dziecko, powracające do domu, zmęczone z biało niebieskim piórkiem sójki w ręce?” – pisze Luisa Freber.

Sebald na różne sposoby poruszał temat Zagłady i jednocześnie wielokrotnie krytykował Niemców i literaturę niemiecką za niepodjęcie rachunku sumienia i nieobecność tematu żydowskich ofiar. W tomie Wyjechali unikając łatwej empatii, sentymentalizmu czy zawłaszczania, udało mu się stworzyć opowieść, w której, by posłużyć się jego własnymi słowami z eseju Konstrukcje żałoby użytymi w odniesieniu do innej książki, „Żydzi byli faktycznie współobywatelami i bliźnimi, a nie tylko mglistą zbiorowością.”

* * *

W.G. Sebald, Wyjechali, przeł. Małgorzata Łukasiewicz, WAB, Warszawa, 2005.

W przygotowanym przez Małgorzatę Łukasiewicz i wydanym w 2019 roku tomie Opis nieszczęścia zawierającym wybór tekstów eseistycznych Sebalda o literaturze, esej o Heblu niestety się nie znalazł. Nie znam niemieckiego, więc czytałem go w angielskim tłumaczeniu: A Comet in the Heavens. On Johann Peter Hebel [in:] A Place in the Country, translated by Jo Catlin, Penguin, London, 2014. (dziękuję p. Wiktorowi za udostępnienie!).

Korzystałem ponadto z:

Magdalena Heydel, Po obrzeżach. Sebald przeciw germanistyce, „Magazyn Wizje”.

Małgorzata Łukasiewicz, Skarbczyki Sebalda, „Przegląd Polityczny”, nr 156/2019.

Adam Lipszyc, W noktoramie pamięci, [w:] Rewizja procesu Józefiny K. i inne lektury od zera, Sic!, Warszawa, 2011.

W.G. Sebald, Konstrukcje żałoby. Gunter Grass i Wolfgang Hildesheimer, [w:] Campo Santo, przeł. Małgorzata Łukasiewicz, WAB, Warszawa, 2003.

Znaki katastrofy, spacje ocalenia: o twórczości W.G. Sebalda, pod redakcją Przemysława Czaplińskiego i Katarzyny Kończal, Instytut Badań Literackich PAN, Warszawa, 2020.

Motyw zupy z kamienia jest u nas najbardziej znany w wersji A. Fredry, który w wierszu Cygan i baba, zamienił kamień na gwóźdź, a pielgrzyma, niezbyt szczęśliwie, na Cygana; stąd swoją Zupę na gwoździu wziął Melchior Wańkowicz.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz