czwartek, 19 stycznia 2012

Cracovia magica Witolda Chomicza

W często ostatnio omawianej i świetnej skądinąd książce Piotra Rypsona, Nie gęsi. Polskie projektowanie graficzne 1919-1949 (Karakter, Kraków 2011) ani razu nie pojawia się nazwisko grafika i malarza Witolda Chomicza. A szkoda, bo choć jego najbardziej znane i wydawane w milionowych nakładach znaczki i karty pocztowe, druki okolicznościowe oraz ilustracje książkowe czy druki bibliofilskie powstawały w okresie pozostającym poza zasięgiem chronologicznym książki, w latach 50-tych i 60-tych, to projektowane w latach 30-tych plakaty, warte byłyby odnotowania. Choćby plakat „Kraków” z 1935 roku, który, jak pisze w Polskiej sztuce plakatu Szymon Bojko „utrzymany w stylu starego drzeworytu, łączy syntetyczne spojrzenie na bryłę Wawelu z podziwu godną kaligrafią fragmentów, tworzącą mozaikę linii i architektonicznych kształtów. Starannie wydrukowany w 16 wersjach językowych przez Drukarnię Narodową w Krakowie, wielokrotnie wznawiany – zawędrował do biur podróży na całym świecie wówczas, gdy na Wawelu panoszyli się już okupanci hitlerowscy...”.


Plakaty reklamowe związane z Krakowem oraz reklamujące polską sztukę ludową z nawiązaniem do targów kalwaryjskich, plakaty wydawane z okazji Dnia Krakowa przyniosły Witoldowi Chomiczowi kilka nagród na ogólnopolskich konkursach na plakaty turystyczne, a także Nagrodę Prezydenta Miasta Krakowa za całokształt działalności artystycznej, przyznaną w 1938 roku. Dlatego niejako tytułem erraty do książki Rypsona chciałbym nieco przybliżyć postać Witolda Chomicza, na początek opisując jego związki z Krakowem...






„We wczesnym dzieciństwie uległem nieprzepartemu, czarodziejskiemu urokowi Krakowa” –wyznawał Witold Chomicz w spisanym w latach 60-tych wspomnieniu i przywoływał pewien epizod z rodzinnego Kijowa: „Na jednej z prelekcji dla młodszych i starszych dzieci Julian Wołoszynowski opisywał w porywający sposób Kraków i jego zabytki; Wawel, groby królów, kościół Mariacki, stare mury z Barbakanem tak sugestywnie, że utkwiły one w mej pamięci wzrokowo, odczyt był ilustrowany przez tzw. „czarnoksięską latarnię”, epidiaskop.”

Epidiaskop, ok. 1900 r.
Witold Chomicz urodził się w 1910 roku w Kijowie, gdzie jego ojciec Leonard Chomicz po przeniesieniu się z rodzinnej Wileńszczyzny prowadził praktykę lekarską. Na skutek zawieruch dziejowych (rewolucja w Rosji, potem wojna polsko-bolszewicka) rodzina Chomiczów opuściła Kijów w 1920 i przeniosła się do Lublina, gdzie Witold ukończył gimnazjum, a następnie II Liceum Ogólnokształcące im. Hetmana Jana Zamoyskiego. W Lublinie zadebiutował jako grafik prezentując dwukrotnie swoje młodzieńcze prace na wystawach w 1924 i 1927 roku. Razem z bratem Janem Zbigniewem Chomiczem wydawał przez jakiś czas lewicujące pismo „Trybuna”, w którym publikował m.in. Józef Łobodowski, a do którego Witold projektował szatę graficzną.

Od 1927 roku studiował w Państwowej Szkole Sztuk Zdobniczych i Przemysłu Artystycznego w Krakowie, gdzie uzyskał absolutorium na Wydziale Grafiki. Studia kontynuował również w warszawskiej ASP, z zakresu malarstwa u prof. Karola Tichego a z zakresu grafiki między innymi u Władysława Skoczylasa, Edmunda Bartłomiejczyka i Bonawentury Lenarta.

Witold Chomicz, Autoportret z Wawelem w tle
W latach 30-tych osiadł w Krakowie, wiążąc się z miastem na stałe i stając się z biegiem lat – jak pisze jego bratanek Zbigniew Chomicz – „jedną z charakterystycznych krakowskich postaci, wdzięcznym obiektem dla karykaturzystów, ze swoją fin de siéclową bródką, galicyjską galanterią, staroświecko-artysowskim stylem ubierania się w fontazie i peleryny. Była to zresztą kreacja świadoma, skomponowania z nutą pewnej autoironii.”

Rys. Stanisław Kochanek
Pracował najpierw od 1934 roku jako asystent na Wydziale Grafiki Użytkowej Państwowej Szkoły Sztuk Zdobniczych i Przemysłu Artystycznego, a od roku 1937 jako kierownik Wydziału Grafiki Użytkowej Państwowego Instytutu Sztuk Plastycznych. Podczas okupacji niemieckiej zajmował się tajnym nauczaniem, będąc jednocześnie oficjalnie nauczycielem w Państwowej Szkole Rzemiosła Artystycznego (1939–1943). Szkoła miała oficjalnie kształcić rzemieślników i drukarzy, ale dzięki wysiłkowi pedagogów, wśród których byli wybitni polscy malarze m.in. Józef Mehoffer, kształciła przyszłych artystów rzeźbiarzy i malarzy – uczęszczali do niej wtedy m.in. Jerzy Nowosielski i Jan Szancenbach.

Po wojnie Witold Chomicz podjął pracę przy organizowaniu Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Krakowie, w której prowadził zajęcia. Po połączeniu Szkoły z Akademią Sztuk Pięknych w 1950 roku został jej profesorem i prorektorem, aż do przejścia na emeryturę w 1979 roku prowadząc Katedrę Grafiki Książki.

* * *

Tuż przed świętami Bożego Narodzenia zeszłego roku odwiedziliśmy Kraków i na ślady obecności Witolda Chomicza natrafialiśmy kilkakrotnie. Na wystawie szopek krakowskich w siedzibie Muzeum Historycznego przy Rynku kłębił się wielojęzyczny tłum – turyści i wycieczkowicze, Krakowianie i przyjezdni, starsi i młodsi, studenci, całe rodziny z dziećmi. Zaskakująca była ilość i różnorodność szopek oraz niezwykły kunszt ich wykonania. Ta tradycja jest naprawdę żywa! A przecież przygotowanie takiej szopki wymaga zaangażowania wielu osób i poświęcenia mnóstwa czasu i pracy.

Nagrodzona w tegorocznym konkursie ponaddwumetrowa szopka naprawdę robiła wrażenie. Przez lata w jury tego konkursu zasiadał właśnie Witold Chomicz. Szopki krakowskie darzył szczególną sympatią, a folklor związany z nimi był dlań ważnym źródłem inspiracji. W przywołanym już wspomnieniu pisał: „Największe wrażenie na mnie jako 8-9 letnim chłopcu zrobiły „Jasełka” Lucjana Rydla, dla których inscenizację w postaci olbrzymiej szopki krakowskiej w bajecznych kolorach wykonał Wincenty Drabik. Grali pierwszorzędni aktorzy, a wśród nich Teofil Trzciński, z kupletami, kurdeszami i aktualnymi krakowiakami. Cóż to była za erupcja polskości, co za wspaniałe stroje królów, mieszczan, chłopów, Żydów, ułanów. Sukmany, delie, kierezje, gorsety, jupice, pawie pióra, wstążki – wszystko w ruchu, wszystko lśniące, jarzące się od świateł, dźwięczące melodiami polskiej ludowej kapeli i krakowiaków śpiewanych solo i chórem. Optycznie, słuchowo i uczuciowo byłem wstrząśnięty. Dziś pamiętam te „Jasełka”, mimo że minęło przeszło pół wieku od chwili tego przeżycia.”

Szopka krakowska, drzeworyt, 1933
Gdy wychodząc z wystawy zajrzeliśmy do muzealnego sklepiku przywitała nas wyeksponowana w centralnym miejscu, wydana przez Muzeum Historyczne Miasta Krakowa książka na temat legendy o lajkoniku, oczywiście z ilustracją Witolda Chomicza na okładce. Wizerunki lajkonika, podobnie jak innych motywów krakowskiego folkloru i legend, jak Pan Twardowski, smok wawelski, Krak i Wanda tworzył Witold Chomicz przez całe życie. Były tematem jego drzeworytów i linorytów, trafiły na plakaty, znaczki i karty pocztowe, pudełka zapałek i jako ilustracje do książek.


Lajkonik, drzeworyt, 1934





W 1955 z okazji Dni Krakowa została wyemitowana zaprojektowana przez Chomicza seria kolorowanych widokówek z cyklu „Zwyczaje, obrzędy i legendy Krakowa”, a także seria znaczków pocztowych przedstawiających stylizowaną postać lajkonika w stroju zaprojektowanym przez Stanisława Wyspiańskiego.

1955, Dni Krakowa
Witold Chomicz projektował też serię znaczków i kart pocztowych przedstawiających 20 widoków miast w serii zatytułowanej „Historyczne miasta polskie” wydanej w latach 1960 i 1961. Według bibliofila i filatelisty Jerzego Dudy, należała ona do jednej z najpiękniejszych wydanych w PRL-u.  

1960, z serii Miasta Polskie
Na kolejny ślad Witolda Chomicza trafiliśmy wędrując w stronę Wawelu ulicą Grodzką. To tutaj w kamienicy pod numerem 60 miał Witold Chomicz przez wiele lat mieszkanie i pracownię, którą tak wspomina jego bratanek Zbigniew Chomicz:

„Kiedy tylko przyjeżdżałem do Krakowa zmierzałem najpierw na Grodzką do gościnnego mieszkania stryjostwa. Było tam 5 czy 6 pokoi, jakieś ciemnie przedpokoje i spiżarnie, staroświecka łazienka oraz kuchnia, w której bez trudu zmieściłaby się dzisiejsza kawalerka. Do pracowni wchodziło się przez dwa przedpokoje i stołowy. Stryj lubiący teatralizację życia wykorzystywał to scenograficznie, odpowiednio podświetlając obrazy, którymi gęsto zawieszone były wszystkie ściany mieszkania, eksponując witraże w drzwiach i bibeloty rozstawione na kolbuszowskich komodach i licznych serwantkach.

Witold Chomicz, Widok z pracowni, lata 50-te
W pracowni skrytej w mroku witały gości dźwięki pozytywki; przy tym akompaniamencie stryj powoli rozświetlał wnętrze, prezentując swoje prace i kolekcję. A miał się czym pochwalić! Przedmioty, które zebrał przez lata cechowała najwyższa ranga artystyczna – jego szesnastowieczny sepet, renesansowe fotele, strzelby i szable wzbogaciły zbiory Wawelu. Oprócz ambitnych dzieł sztuki gromadził w pracowni ich przeciwieństwo – pamiątki rodem z jarmarków, cenił bowiem sztukę ludową, także w jej najskromniejszym i tandetnym wydaniu.

Okna pracowni częściowo zawieszone były projektami witraży, a jej ściany pod sufitem obiegały papierowe szarfy z żartobliwymi napisami, rysunkami i wycinankami nawiązującymi do bibliofilskich pasji gospodarza. (...) Ściany pracowni, tam, gdzie nie zapełniały ich półki z książkami, zajmowały obrazy stryja z różnych okresów twórczości. Wisiały tu piękne Wisły, olejne pejzaże, malowane przeważnie w okolicach Salwatoru (gdzie przed wojną mieszkał) i Tyńca, niektóre z portretem żony – Sławy na pierwszym planie.

Widok na Wawel z Salwatora, wiosna 1939. Fot. Okna Sztuki
Wisiały kolorowe, dynamiczne, utrzymane w formistycznej manierze plakaty z lat trzydziestych, ukazujące turystyczne uroki Krakowa. Wisiały stylizowane na ludowe drzeworyty nawiązujące do legendy Wandy, Kraka i Lajkonika, oraz archaizujące weduty Warszawy, Lublina i Krakowa. Od podwórka ulokowany był gabinet ciotki Sławy, pierwszej żony stryja Witolda, przed wojną i w latach powojennych wziętego laryngologa, osoby o nieprzeciętnej niegdyś urodzie i mocnym charakterze. W poczekalni można było spotkać krakowską socjetę (pacjentem ciotki był m.in. Karol Wojtyła) obok ludzi, których dziś określilibyśmy marginesem, sporą część swoich pacjentów przyjmowała bowiem za darmo…Wszyscy przychodzący na Grodzką i pacjenci i goście (a odbywały się tam przyjęcia na 30-40 osób) znosić musieli bezczelne, rozwielmożnione koty – persy, z trudem dające się spędzić z foteli.”

Witold Chomicz był zafascynowany postacią i twórczością Stanisława Wyspiańskiego. W domu rodzinnym Chomiczów w Kijowie Wyspiański cieszył się dużą estymą, o czym zaświadcza chociażby egzemplarz pierwszego wydania „Wesela” z dedykacją autora przechowywany w rodzinnych zbiorach Zbigniewa Chomicza, który pisze o Witoldzie, że starał się on „wypróbować swój talent w różnych technikach i rodzajach sztuki, podobnie jak jego niedościgły mistrz – Wyspiański.”

Dlatego też podążając drogą artystyczną wytyczoną poniekąd przez Wyspiańskiego, naturalnie toutes proportions gardées, pod koniec życia poświęcił się Witold Chomicz witrażom. „Zainteresowanie tą formą sztuki – pisze Jerzy Duda – pojawiło się u Chomicza już około 1964 roku, z okazji powierzenia mu opieki plastycznej nad oprawą jubileuszu 600-lecia Uniwersytetu Jagiellońskiego. Powstał wówczas, niezrealizowany, pomysł i projekt zbudowania w oknach Collegium Novum witraży przedstawiających panoramę polskiej historii nauki i sztuki. Pomysł został częściowo zrealizowany w późniejszym czasie (1979 r.) i, co najważniejsze, wykonany został w całości przez samego Chomicza w zakładzie Karola i Mieczysława Paczków w Podgórzu. Witraże zaprezentowano na wystawie w Domu Polonii w maju 1979 roku.”

Innym projektem witrażowym był cykl „Inferno” zadedykowany pamięci męczeństwa getta krakowskiego, a mający wypełnić okna apteki Pankiewicza („Pod Orłami”) na Podgórzu. Oba te projekty niestety nie doszły ostatecznie do skutku. Jedynym rezultatem projektu dla Uniwersytetu Jagiellońskiego był album z reprodukcjami przygotowanych dla niego witraży, zatytułowany „Złoty wiek polskiej nauki” oraz wydane w 1980 roku z okazji 450 rocznicy urodzin Jana Kochanowskiego bardzo popularne znaczki i karty pocztowe.


Inspiracje twórczością Wyspiańskiego, czy w ogóle artystycznymi poszukiwaniami młodopolskimi widać szczególnie w fascynacji Chomicza sztuką ludową. Pod jej wpływem – pisze Maria Grońska – zrodziła się drzeworytnicza działalność Witolda Chomicza, być może najciekawsza dziedzina jego twórczości, w której osiągnął szczególną biegłość i znalazł swój własny, charakterystyczny styl. Reprodukcje inspirowanych sztuką ludową drzeworytów o tematyce bożonarodzeniowej zamieściłem już w poprzednim wpisie [tutaj].

„Tematyka drzeworytów – pisze Grońska – ogniskowała się w początkowej fazie wokół przedstawień religijnych a w latach trzydziestych i w czasie okupacji wokół scen historycznych z przeszłości Krakowa oraz widoków architektury, głównie Wawelu. Uproszczona i syntetyczna forma nie jest pozbawiona dekoracyjnych elementów, które wzmacnia kolorowanie rycin. Sceny z przeszłości Krakowa („Wjazd królewski na Wawel”, „Stare mury”) oraz związane z tradycjami („Lajkonik”, „Z szopką”, „Pan Twardowski”, „Emaus”) posiadają rozwinięty wątek narracyjny.


Wjazd królewski na Wawel

Odpust przy Norbertankach, drzeworyt, 1938. Fot. artinfo.pl

Emaus, ludowa zabawa, 1936
Ujęcia –pisze dalej Grońska – nawiązują do sztuki ludowej i jarmarcznej oraz do średniowiecznych rycin. Na czoło wysuwają się zagadnienia związane ze stylizacją i dekoracyjnymi układami, którym sprzyja świadomie wybrany wydłużony format, nawiązujący do szesnastowiecznych. sztychów panoramicznych („Legenda Wawelu", „Stare mury pod Wawelem” oraz „Mury Florańskie z „Barbakanem”). Widoki Wawelu – przeważnie nocą – traktowane są impresyjnie. Z czarnego tła wyłaniają się zarysy brył. Efekty faktury wywołują wrażenie srebrzystej poświaty księżycowej, wprowadzają baśniowy nastrój.”

Stare mury pod Wawelem. Fot. Podkarpacka Biblioteka Cyfrowa

Legenda Wawelu

Mury Floriańskie z Barbakanem, drzeworyt, 1946

Wawel zimą, 1938
Ta baśniowość, stylizacja czerpiąca wzory z ludowego obyczaju, kostiumu historycznego oraz dawnej architektury, nawiązania do sztuki ludowej i krakowskiego folkloru, a także do sztuki starodruków i średniowiecznych kodeksów iluminowanych, których Witold Chomicz był znawcą i miłośnikiem składają się na charakterystyczny, świadomie historycyzujący i lekko anegdotyczny styl. Zaznaczył się on już w latach przedwojennych w serii plakatów z okazji „Dni Krakowa” oraz drzeworytach i był przez autora kontynuowany i rozwijany. Witold Chomicz świadomie opierał się awangardzie, twierdził, że „eksperyment i stałe poszukiwania środków wyrazu nie mogą być w sztuce celem samym w sobie, a tylko etapem do powstania pełnego dzieła sztuki.” Swój sceptycyzm wyrażał też dobitniej: „nowoczesne pojęcie awangardy niejednokrotnie jest parawanem dla szarlatanów i komiwojażerów.” Dewizą, która towarzyszyła całej twórczości Witolda Chomicza było dążenie do tworzenia sztuki komunikatywnej, bliskiej i zrozumiałej dla odbiorcy.

Wielu zapewne uzna estetykę grafiki użytkowej, którą uprawiał za nieco staroświecką, anachroniczną i nieprzystającą do współczesnych czasów. Prace Chomicza zdają się już przynależeć raczej do domeny zainteresowania bibliofilów i miłośników wydawniczych staroci. Być może między innymi dlatego, zafascynowany awangardą Piotr Rypson zupełnie w swej książce nie uwzględnia tego historycyzującego, inspirowanego folklorem nurtu w grafice polskiej, bo przecież nie jeden Witold Chomicz go reprezentował, by wymienić za Andrzejem Tomaszewskim wydawcą, redaktorem, typografem i bibliofilem, autorem m.in. świetnej książki Szelest kart: bibliografia sentymentalna, takich plastyków jak Konstanty Maria Sopoćko, Adam Młodzianowski, Stanisław Jakubowski, Stanisława Ostoja-Chrostowski, Zbigniew Dolatowski, Zygfryd Gardzielewski.

Mnie jednak przekonują słowa Tomaszewskiego, który pisze: „Jest jednak w ich rysunkach, drzeworytach czy linorytach niemijająca uroda. Ilustracje książkowe, okładki, ekslibrisy, winiety, znaczki pocztowe itp. druki tych grafików są momentalnie rozpoznawalne i wywołują dziś tęsknotę za zagubionym wdziękiem prostego, naturalnego rysunku, precyzją rytu i materialnością graficznego tworzywa. Żłobienie w drewnianym klocku czy na miedzianej płytce jest w czasach wektorowej i pikselowej grafiki komputerowej czynnością zapomnianą, a jeśli ktoś jeszcze uprawia ten rodzaj grafiki, to współcześni wydawcy nie zauważają jego trudu.”

Nie było tak jednak w latach 50-tych i 60-tych, kiedy Witold Chomicz ilustrował ukazujące się w tysiącach egzemplarzy, popularne książki, między innymi jedną z moich ulubionych lektur dzieciństwa Rogaś z Doliny Roztoki Marii Kownackiej, ale o tym w kolejnym wpisie...


Korzystałem z:

Pracowania, wspomnienie Zbigniewa Chomicza opublikowane w dziale „Pożegnania” krakowskiej edycji „Gazety Wyborczej” (2 czerwca 2009) z okazji 25 rocznicy śmierci Witolda Chomicza.

Jerzy Duda, Duch krakowskiego bibliofilstwa, „Alma Mater” 2009 [dostęp tutaj]

Szymon Bojko, Polska sztuka plakatu : początki i rozwój do 1939 roku, Warszawa, Wydawnictwo Artystyczno-Graficzne, 1971.

Maria Grońska, Nowoczesny drzeworyt polski : do 1945 roku, Wrocław, Zakł. Nar. im. Ossolińskich, 1971.

Łukasz Olszewski, Lajkonik. Legenda i tradycja, Kraków, 2009.

Katalogi wystaw Witolda Chomicza ze zbiorów Zbigniewa Chomicza:

Witold Chomicz, 1923-1972, Malarstwo, rysunek, grafika, Tarnów 1972.

Motywy Krakowa. Malarstwo, grafika, rysunek. Witolda Chomicza z lat 1930-75, Muzeum Historyczne Miasta Krakowa, „Krzysztofory”, luty-marzec 1975.

Witold Chomicz, Malarstwo, grafika, twórczość z lat 1927-1976, Muzeum Okręgowe w Białymstoku, 1977.

Witold Chomicz, Malarstwo, rysunek, grafika 1927-1967, Kraków, 1968.

Źródła z których zaczerpnąłem reprodukcje:
plakaty: antykwariat Rara Avis oraz Biblioteka Cyfrowa UMCS,
karykatura autorstwa Stanisława Kochanka: http://www.stanislaw-kochanek.xo.pl/

znaczki pocztowe: joystamps.com