sobota, 20 stycznia 2018

Pomyłka Marka Twaina

Na mistyfikacje Marcela Schwoba niejeden dał się nabrać. Na przykład Mark Twain. W jego korespondencji, na którą trafiłem w Internecie, zachował się krótki liścik wysłany do francuskiego pisarza w reakcji na jedno z jego opowiadań. A było tak. W 1888 roku Schwob, wówczas już autor kilku tekstów, zaczął zabiegać o ich wydanie. W liście z 23 października 1888 do znanego i prężnie działającego wówczas wydawcy francuskiego J. Hetzla przedstawiał się i wymieniał swe referencje: profesora Collège de France Michela Bréala, wuja Léona Cahuna oraz Julesa Verne’a, będącego jednym z czołowych autorów publikujących w tamtym czasie u Hetzla. „Dołączam do tego listu – pisał dalej – opowieść, która ukazała się w gazecie mojego ojca. Jest to pastisz z XVIII wieku – rozpozna pan bez trudu. W kopercie znajdzie pan również artykuł na temat Stevensona, gdzie przetłumaczyłem dwie stronice z An Inland Voyage oraz opowiadanie, które udowodni panu, że znam język angielski na tyle, by ośmielić się parodiować Marka Twaina”. W tym ostatnim przypadku Schwob miał na myśli opowiadanie Terrifante histoire de me dents, które ukazało się 3 października 1888 w dzienniku „Le Phare de la Loire”. Jego wydawcą i redaktorem był wówczas George Schwob, ojciec Marcela. Czy Mark Twain czytywał francuskie dzienniki, czy też ktoś podsunął mu wycinek ze znalezionym w „Phare” opowiadaniem, dość, że uznał je za nieuprawnioną próbę przypisania mu autorstwa i 4 listopada skreślił do Schwoba krótki liścik następującej treści:

czwartek, 18 stycznia 2018

O Ludwiku Fiszerze i „Bibliotece Groszowej”

Pierwszą część wydanych w 1959 roku Wspomnień starego księgarza Ludwika Fiszera (1890-1962) wypełniają głównie wiadomości o działalności przedsiębiorstw księgarskich i wydawniczych autora oraz informacje o rynku książki w Polsce w pierwszych dwóch dekadach XX wieku. W drugiej części Fiszer snuje już dużo swobodniejszą opowieść, w której poznajemy go jako warszawskiego bon vivanta, bywalca kawiarni i dansingów, zaprzyjaźnionego z legendarnym Francem Fiszerem oraz ze Skamandrytami, zwłaszcza Janem Lechoniem, o którym opowiada kilka anegdot, np. tę o czekoladkach: „Któregoś dnia poszedł do centralnego sklepu Wedla na ul. Szpitalnej i zapytał, czy mają czekoladowe alfabety. Na twierdzącą odpowiedź ekspedientki poprosił o 5 liter O, 8 liter N i 12 liter Z. Ekspedientka oświadczyła mu na to, że na składzie posiadają tylko komplety abecadeł, ale na żądanie mogą w ciągu dwóch dni przygotować żądane przez niego litery. Po dwu dniach Lechoń zgłosił się po odbiór zamówionych liter. Obejrzał je i z niesmakiem odrzucił twierdząc, że krój liter mu nie odpowiada. Przedstawiono mu inne wzory. Lechoń zdecydował się na jeden z nich i po trzech dniach znów zgłosił się do Wedla. Czekoladowe litery były przygotowane zgodnie z jego życzeniem. Lechoń obejrzał je z zachwytem oświadczając, że to jest to właśnie, o czym marzył, po czym uregulował należność. Kiedy ekspedientka chciała mu je zapakować, oświadczył ku jej zdziwieniu: – Nie potrzeba, zjem na miejscu.”

środa, 17 stycznia 2018

O poglądach

„Czytając jakieś dzieło literackie, zawsze zazdrościłem autorowi nie tyle talentu, pięknego stylu czy głębi myśli, ile posiadania jakichś poglądów, o których w dodatku najwyraźniej był przekonany, że są to j e g o poglądy. Ciągle zdumiewa mnie też, że ludzie noszą ze sobą swoje poglądy jak jakieś walizki, a kiedy ich o coś spytacie, zaraz którąś z walizek otwierają i zaczynają wyciągać jej zawartość. To dla mnie niepojęte. Ja sam żadnych poglądów w pełnym znaczeniu tego słowa nigdy nie miałem i nie mam ich do dziś. Rzecz jasna, nie przyznawałem się do tego; będąc w towarzystwie udawałem, że mam cały magazyn najrozmaitszych poglądów, gotowych po zalaniu wodą i wymieszaniu do natychmiastowego spożycia, że wystarczy mi do tego magazynu zajść, by jakiś pogląd wyciągnąć. W istocie zaś nerwowo i na chybcika kleciłem ze wszystkiego, co było akurat pod ręką, atrapę poglądu; wychodził z tego oczywiście twór niespójny, kruchy i często odrażający. Wystarczyło lekko to trącić, a już pruło się w szwach i całość rozpadała się na strzępy. Wszyscy wokoło wyciągali niezawodne, kształtne, wypolerowane i higieniczne poglądy, po chwili całe pomieszczenie tak było nimi zapchane, że nie widzieliśmy się wzajem.”

Michal Ajvaz, Nic, [w:] Morderstwo w hotelu Intercontinental. Powrót starego warana. Inne miasto, przekład i posłowie Leszek Engelking, Pogranicze, Sejny, 2005, s. 127 ; rysunek: Henryk Józewski.

wtorek, 16 stycznia 2018

#mesydżoddziadka

Śniło mi się dziś, że brałem udział w seminarium na temat blogosfery. Moderator był spoko, paru speakerów też, jeden przedstawił nawet całkiem ciekawe case study o tagowaniu. Ale w sumie efektu wow nie było. Najlepiej wypadł edukator, który pokazał jak wykorzystywać opensourceowe fotki do robienia memów oraz statusów na fejsie. Potem każdy prezentował swój blog, a inni oceniali. Dżizas, to była masakra! Dowiedziałem się, że jako bookbloger nie mam szans żeby być influencerem. Brak sprecyzowanego targetu, brak treści dedykowanych. Być może gdybym dodatkowo vlogował, albo założył fanpejdża, miałbym więcej folołersów. Ale tak? Słabiutko. Powinienem wrzucać więcej zajawek, buforować, być bardziej aktywny na insta, szerować, lajkować i zostawiać komenty. Jeden vloger powiedział: „Za dużo riserczu, za mało kontentu”, instagramer z brodą drwala i tatuażami na szyi poklepał mnie z litością po plecach: „nie ogarniasz stary”, a youtuberka prowadząca kanał o literaturze young adult (z paru tysiącami followersów) skwitowała: „Same starocie! Nuda na maksa!” No i zaorane. Obudziłem się wstrząśnięty. Była dopiero trzecia, więc próbowałem zasnąć ponownie. Z trudem. W głowie mi kołatało: myślenie projektowe, empatyzowanie z użytkownikiem, załóż newsletter, uruchom konto na twitterze, używaj hasztagów, używaj emotikon… A potem przyśnił mi się mój Dziadek…

sobota, 23 grudnia 2017

Wybuch radości

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku składam czytelnikom Nakładu niewyczerpanego najlepsze życzenia. I skoro to blog o książkach, to niech te życzenia również dotyczą książek – samych ciekawych, inspirujących, wzruszających i poruszających, mądrych i wzmacniających wewnętrznie lektur. A z jednej z nich – Homilii na ewangelię dzieciństwa Ryszarda Przybylskiego przepisuję fragment o obrazie Botticellego Narodziny mistyczne: „Nad drzewami pięknego lasu, w którym Podróżni znaleźli schronienie, na tle przedziwnie rozjaśnionego nieba, u góry, pod rozwartym złotym kręgiem niebiańskim, Botticelli wymalował wybuch radości – taniec aniołów, którzy trzymając się za ręce, tworzą wielobarwne koło, rytmicznie poprzetykane gałązkami oliwnymi, z których podobnie jak u ich braci na ziemi, powiewają białe wstęgi z łacińskim napisem „Gloria in Excelsis Deo”.

środa, 20 grudnia 2017

Kufer ciotki Mililki

Rysunek piórkiem przedstawiający targowisko świąteczne pochodzi z 1884 roku. Jest jedyną pamiątką po zmarłym w wieku 18 lat na tyfus Tadeuszu Święckim. Nie wiadomo o nim nic więcej, poza tym, że był bratem Marii Selinger-Gieryńskiej z domu Święckiej. To ona przekazała rysunek opatrzony na odwrocie zatartą już dziś niemal zupełnie informacją o autorze, swej bratanicy Birucie Lubicz-Sierakowskiej z Chomiczów, od której z kolei trafił on do mego teścia, Zbigniewa Chomicza. Gdy zagłębiam się czasem w historię rodziny Chomiczów, z którą związałem swój los, Maria Gieryńska zawsze budzi moje zainteresowanie. Jej postać spaja bowiem w jakiś sposób różne historie, które tu opowiadam. Jako najstarsza z trzech sióstr Święckich (młodsza Józefa wyszła za Walerego Józewskiego, inżyniera z Krakowa, a najmłodsza Ewa za Leonarda Chomicza) była ciotką Henryka Józewskiego, który u niej właśnie pobierał pierwsze lekcje rysunku, malarza Witolda Chomicza oraz Jana Zbigniewa Chomicza, dziadka mojej żony.

piątek, 8 grudnia 2017

Na rynku w Brussie

„Od kilku lat Bursa figuruje w programach wycieczek turystycznych wzdłuż brzegów wschodnich Morza Śródziemnego. Jest to niewielkie miasto w Azji Mniejszej, odległe o kilkadziesiąt kilometrów od brzegów Morza Marmara. Z prospektów towarzystw okrętowych wynika, że można się doń dostać autobusem. Być może więc są w nim także hotele z bieżącą wodą i innymi wygodami. W początku obecnego stulecia obcy nazywali je Brussą, dostęp doń był trudny, nocleg zaś nastręczał wiele kłopotów. Zajazdy były prymitywne, pełne pluskiew niezwykłej wielkości i siły. Zwiedzenie tego malowniczego miasta o starych murach i wąskich uliczkach wymagało posiadania w nim uczynnych przyjaciół. Na rynku Brussy, obok handlarzy owoców, jarzyn, dywanów i innych towarów miejscowej produkcji, można było spotkać także narratorów, recytujących za skromną opłatą twory wyobraźni ludowej Wschodu. Wątpię, aby zachowali się tam dotąd. Literatura ustna znikła, zanim zdołano ją utrwalić na magnetofonach. W mojej pamięci pozostały tylko jej luźne i zniekształcone strzępy. Zanim zginą wraz ze mną, chciałbym zanotować słyszaną w Brussie opowieść, której nie ma w żadnym znanym mi zbiorze anegdot i opowiadań ludowych.” Tak pisał Jerzy Stempowski na łamach paryskiej „Kultury” we wstępie do opowieści Kadi.

środa, 29 listopada 2017

O Marcelu Schwobie

Marcel Schwob to pisarz zapomniany, nieobecny w podręcznikach historii literatury, pominięty nawet przez Encyclopedia Britannica, a jednak legendarny. Jan Kott dowiedział się o nim od Jerzego Stempowskiego, Jan Tomkowski od Leopolda Buczkowskiego, J.W. Gomulicki od Leona Schillera, Jan Gondowicz zaś od Adama Ważyka. Borges umieścił Żywoty urojone Schwoba na liście stu najważniejszych książek, które wybrałby do swej osobistej biblioteki. Wzorował się zresztą na nich pisząc Powszechną historię nikczemności. Schwobowi dedykowali swoje utwory Alfred Jarry, Paul Valery i Oscar Wilde. Podziwiali go Anatol France i Maurice Maeterlinck. Nie lada rekomendacje! Polskie tłumaczenia jego utworów w wydaniach sprzed wieku można było dostać tylko w największych bibliotekach, bardzo rzadko trafiało się na nie w antykwariatach. Tylko Księga Monelli doczekała wznowienia w 2010 roku w łódzkim wydawnictwie Hapax. Sytuacja ta uległa zmianie w końcu zeszłego roku gdy PIW wydał tom zawierający cztery zbiory jego opowiadań: Żywoty urojone, Księga Monelli, Krucjata dziecięca oraz Mimy. „Niewykluczone – pisał wtedy Tomasz Wiśniewski w dwutygodniku (Gry w fikcje) – że długo wyczekiwane wznowienie pochodzących z początku XX wieku przekładów (przejrzanych i uzupełnionych przez Jana Gondowicza) Żywotów urojonych Marcela Schwoba zasługuje na miano jednego z większych wydarzeń wydawniczych kończącego się roku”.

wtorek, 28 listopada 2017

Gdy postać z literatury nosi nasze nazwisko

Jak to jest, gdy postać z literatury nosi nasze nazwisko? Bywa różnie. Mam na przykład sąsiada o nazwisku Wirski. Rządca kamienicy Łęckich w Lalce nazywa się Wirski, postać barwna i zabawna, przypadają sobie bardzo do gustu z Rzeckim. Detektyw z warszawskich powieści kryminalnych Tadeusza Cegielskiego (Morderstwo w Alei Róż oraz Tajemnica pułkownika Kowadły) również nazywa się Wirski, i również jest to postać nietuzinkowa – służy wprawdzie w PRL-owskiej milicji, ale to przedwojenny oficer policji, wykształcony erudyta, a do tego przystojniak i twardziel – przetrwał tortury na UB. Mój sąsiad nie ma zatem co narzekać. Paweł Dunin-Wąsowicz w niedawno wydanej książce Dzika biblioteka (Iskry, Warszawa, 2017) poświęcił odrębny szkic postaciom literackim, które noszą jego nazwisko. Są wśród nich kobiety z wyższych sfer, naukowcy, czy kompozytorzy, jak Seweryn Dunin z opowiadania Lustro Stanisława Balińskiego. Niektórzy nawet, jak Paweł Dunin z powieści Eugeniusza Kabatca Żółwie, są mu bliscy jako „robiący w literaturze”. W jednym tylko przypadku autor poczuł urazę.

wtorek, 14 listopada 2017

Wspomnienia Józewskiego

Wspomnienia Henryka Józewskiego zatytułowane Zamiast pamiętnika ukazały się wreszcie w wersji książkowej jako kolejna pozycja serii W kręgu paryskiej „Kultury”, wydawanej przez Instytut Literacki wraz z Instytutem Książki. Jest to część obszerniejszego dzieła, nad którym Józewski pracował przez kilkadziesiąt lat i któremu nadał tytuł Opowieść o istnieniu. O jego sytuacji edytorskiej pisałem tutaj. Równocześnie ukazał się ukraiński przekład Zamiast pamiętnika autorstwa Julii Wasejko, zaprezentowany podczas konferencji „Wybitne postacie prometeizmu. Henryk Józewski i jego spuścizna w 125. rocznicę urodzin”, zorganizowanej w Łucku w dniach 26–27 października 2017 przez Studium Europy Wschodniej UW, WUN im. Łesi Ukrainki we współpracy z Konsulatem Generalnym RP w Łucku. Myślę, że ta książka ukazuje się w bardzo odpowiednim momencie. Gdy przez ulice Warszawy maszerują w dniu niepodległości faszyści i szowiniści wygrażający pięściami, podnoszący rasistowskie hasła i nazywający siebie patriotami, warto poczytać rozważania człowieka, który dawał prawdziwe świadectwo patriotyzmu, który swą polityką próbował godzić i zjednywać, a nie zrażać i antagonizować, i który był oddany wizji Polski dumnej ze swej historii, tradycji i z własnego, z wielkim trudem odzyskanego państwa, ale jednocześnie otwartej i tolerancyjnej.

piątek, 10 listopada 2017

La cigale

Kilka dni temu, z półki, na której trzymam książki z wczesnego dzieciństwa, wyciągnąłem broszurkę zawierającą bajkę Iwana Kryłowa Ważka i mrówka (Стрекоза и муравей) w przekładzie M. Dolińskiej, z ilustracjami A. Cwietkowa, wydaną w Moskwie w 1977 roku przez wydawnictwo Małysz. Pamiętam, że książki dla dzieci tego wydawnictwa, publikowane na przełomie lat 70. i 80. były w dużej obfitości dostępne w księgarniach. Mam ich w zbiorach kilkanaście. Popatrzyłem na pobazgraną kredkami i pogniecioną okładkę, z pewnym zawstydzeniem odnotowując, że jako czterolatek nie przejawiałem należytego szacunku dla słowa drukowanego. Ale na szczęście w środku książeczka nie nosiła śladów mego dziecięcego barbarzyństwa. Znalazłem tam obrazek przedstawiający ważkę brnącą przez pola wśród szarugi jesiennej, próbującą osłonić się przed zacinającym deszczem oklapłą stokrotką. Jak to sobie teraz mgliście przypominam, bardzo go lubiłem. „Nawet się nie obejrzała, już zima skrada się z wolna”...

wtorek, 7 listopada 2017

Gdzież prawda?...

Lalkę czytam co kilka lat. Przy każdej kolejnej lekturze zwracam uwagę na jakieś nowe fragmenty, baczniej śledzę inne niż dotychczas wątki. Tym razem, zapewne pod wpływem wiedzy o chorobie nerwowej Prusa, o której dużo pisze Monika Piątkowska w swej niedawno wydanej książce Prus. Śledztwo biograficzne, odnotowuję opisy stanów psychicznych Wokulskiego. „Rozdarcie wewnętrzne”, „głębokie rany w duszy”, myśli samobójcze, poczucie pustki, głosy kotłujące się w głowie, halucynacje… Czytając teraz powieść zastanawiam się cały czas na ile użyte przez Prusa dla opisu tych stanów psychicznych środki wyrazu były podyktowane jego własnym doświadczeniem zmagania z nerwicą. W XIX wieku zaczyna się dużo mówić o nerwach, nerwowych zaburzeniach i zdrowiu psychicznym. Począwszy od romantyków literatura eksploruje ludzką psychikę, a pod koniec stulecia rodzi się psychologia jako odrębna dyscyplina wiedzy. Widać to również na przykładzie Lalki, w której – jak zauważył H. Markiewicz – „dokonuje się „psychologizacja” powieści polskiej – wyraźny zwrot wyobraźni pisarskiej ku wnętrzu psychicznemu postaci.” Psychoanalitycznej interpretacji postaci Wokulskiego dokonał już w 1986 roku Jan Tomkowski w artykule o wymownym tytule Neurotyczni bohaterowie powieści Prusa, jednak o dolegliwościach samego autora wspominał tam bardzo oględnie. Czy wiedza o chorobie Prusa coś wnosi do naszej interpretacji jego dzieła? Zdaję sobie sprawę z kontrowersyjności takich dociekań, a jednocześnie nie mogę się przed nimi powstrzymać. Odnotowuję też tym razem (z pewną zgrozą), że Rzecki ma 40 lat!

poniedziałek, 6 listopada 2017

Jeszcze o „Bibliotece Pstrykońskiej” – uwagi antykwariusza

W maju napisał do mnie antykwariusz pan Jacek Głowacki odnosząc się do moich tekstów o „Bibliotece Pstrykońskiej”, zwłaszcza uzupełnień związanych z ilustracjami poszczególnych egzemplarzy. Wywiązała się między nami korespondencja, z której wyjątki zamieszczam poniżej. List Stempowskiego do Terleckiego, na który się w niej powołujemy znalazł się w tomie korespondencji wydanej w 2015 nakładem Więzi, z posłowiem Niny Terleckiej (Jerzy Stempowski, Tymon Terlecki, Listy 1941–1966, Warszawa, 2015). Wygląda na to, że „Biblioteka Pstrykońska” staje się powoli najdokładniej zbadaną serią w historii polskiego bibliofilstwa. Czytelników, którzy widząc tytuł Jeszcze o „Bibliotece Pstrykońskiej” ziewają znudzeni, albo wołają: Och nie! Znowu? Tylko nie to! muszę ostrzec, że to nie koniec, i wkrótce zamieszczę fragment niepublikowanego dotąd tekstu Jerzego Stempowskiego Profesor ekstremizmu, który miał być w zamierzeniu kolejnym tomikiem „Biblioteki”, oraz notatkę o śladach lektury Alfreda Jarry w Pielgrzymie. Ale na pocieszenie dodam, że wkrótce zamieszczę również dalszy ciąg przygód autora Nakładu niewyczerpanego związanych z odkryciem Opowiadań Paula Klaimzecera. Okazało się bowiem, że ukradziony z antykwariatu egzemplarz nie został całkowicie poszarpany na strzępy i zgłosił się po niego pewien tajemniczy filolog... A tymczasem zapowiedziana korespondencja.

piątek, 13 października 2017

Miesięcznik "Droga", albo jeszcze o debiucie Jerzego Stempowskiego

„Zdaje mi się, że pod względem politycznym wchodzimy teraz w epokę niepomyślną zgnilizny europejskiej i wszechświatowej. Wszystkie najstarsze choroby toczą znów Europę.” Niepokojąco współcześnie brzmi pierwsze zdanie szkicu Z notatek emigranta Jerzego Stempowskiego opublikowanego w miesięczniku „Droga” w 1923 roku. Podobnie jak zdanie kolejne: „Polaków ukąsił jakiś giez zły i natrętny, brzęczący brzydko i nieliberalnie”. Do wszelkich analogii historycznych należy jednak mieć stosunek sceptyczny, choć z tekstów Stempowskiego rzeczywiście, jak zauważyła już Maria Dąbrowska, można wyławiać liczne myśli aktualne i trafne diagnozy. Nietrafne zresztą też, co we wspomnianym sceptycyzmie raczej utwierdza. Tak czy inaczej dobrze jest przeczytać ten pełen ekspresji i sarkazmu głos dziedzica humanizmu, oświecenia i dziewiętnastowiecznego liberalizmu niezbyt odnajdującego się w świecie atakowanym przez „bolszewików z lewa i z prawa”. Piszę o tym, gdyż zdigitalizowane numery czasopisma „Droga”, miesięcznika literacko-kulturalnego wydawanego w latach 1922–1937, na łamach którego Stempowski debiutował, można od kilku tygodni czytać w bibliotece cyfrowej Polona.

czwartek, 12 października 2017

Czerwony wazon Z. Imowa

Sprawa żółwi w XIX wiecznym Paryżu tak wyczerpała autora „Nakładu niewyczerpanego”, że na kilka miesięcy popadł w stan ponurego odrętwienia, zamknął się w sobie i ukrył niczym żółw w skorupie. Napoczęte lektury piętrzyły się tymczasem na biurku i na półkach, notatki do kolejnych szkiców pęczniały w teczkach, fiszki rozsypywały się w nieładzie, niedokończone teksty prześladowały po nocach, a cytaty i akapity buzowały i bulgotały w zmęczonej głowie autora niczym jarzyny w rosole. Żółwie z wierszy Mandelsztama i D.H. Lawrence’a wędrowały po krainie ze Snu Polifila Colonny, gdzie przyglądały się maszynie do obierania z mózgu z Pielgrzyma Stempowskiego, (który wziął ją z Króla Ubu) i obrazom szkoły neapolitańskiej z Jesieni Schulza. Niedokończony esej Stempowskiego o muzyce w dzienniku Pepysa przechodził w rozważania nad wątkiem książek w kosmosie u Lema i Dicka, szkic Sieńczyka kierował ku Lukrecjuszowi, a leksykon fikcyjnych książek Dunina-Wąsowicza ku fikcyjnemu księgozbiorowi Browne’a, ten zaś przeplatał się z Księgozbiorem przemytników, przez wielu branym za autentyczny, a też przecież fikcyjnym! Kolejne książki, kolejne teksty, kolejne wątki, historie, pomysły i zagadki kusiły, ale i przygniatały niczym rzeczy w Rzeczach Pereca. Każda próba uporządkowania tego chaosu, tego rozrastającego się, pulsującego nadmiaru kończyła się fiaskiem wpędzając w jeszcze większe przygnębienie, tak, że autor zaczął przemyśliwać o ostatecznym zamknięciu swej rubryki. Byłby już pożegnał się z nielicznymi czytelnikami zamieszczając redagowaną od kilku tygodni żałobną notkę, gdyby nie pewne odkrycie...

środa, 14 czerwca 2017

Spacer z żółwiem

W Pasażach Waltera Benjamina znajdujemy następujące zdanie: „W 1839 roku było rzeczą wytworną brać z sobą na spacer żółwia. Daje to wyobrażenie o tempie flânerie w pasażach”. Obraz ten najwyraźniej zapadł Benjaminowi w pamięć, bo przywołał go jeszcze dwukrotnie. W eseju Paryż Drugiego Cesarstwa według Baudelaire’a w rozdziale Człowiek tłumu gdzie Benjamin analizuje figurę flâneura w słynnym opowiadaniu E.A. Poego, czytamy: „Ale żył także jeszcze flâneur, który potrzebuje pola gry oraz nie zamierza rezygnować z indywidualnego sposobu bycia. Przechadza się próżniaczo niby indywidualność, która w ten sposób protestuje przeciwko podziałowi pracy, czyniącemu z ludzi specjalistów. Podobnie protestuje przeciwko ich zapobiegliwości. Przejściowo, około roku 1849, należało do dobrego tonu chodzić po pasażach z żółwiami na spacer. Flâneur chętnie pozwalał na to, by tempo dyktowały żółwie. Gdyby to od niego zależało, postęp musiałby opanować ten krok”. Spacer z żółwiem znalazł się jeszcze we fragmentach zebranych pod wspólnym tytułem Park Centralny, z 1938 roku „Tempo flâneura należy porównać z tempem tłumu, opisanego przez Poego. Tempo to, jest protestem przeciwko tempu tłumu. Porównaj modę na żółwie z roku 1839.” Obraz efektowny, ale czy prawdziwy?

czwartek, 1 czerwca 2017

Podróż zimowa bibliomana

Przeglądając niedawno stos przedwojennych broszurek w jednym z warszawskich antykwariatów, natrafiłem na nowelkę Biblioman autorstwa K. M. Górskiego, której nie znałem. Pamiętałem opowiadanie Charlesa Nodiera o tym samym tytule i pomyślałem, że mógłbym porównać dwa różne ujęcia tematu bibliofila. Zorientowałem się też, że w nowelce pojawia się, zawsze intrygujący, motyw książki fikcyjnej. Przede wszystkim jednak uderzyło mnie podobieństwo pomysłu Górskiego do późniejszego o ponad pół wieku opowiadania George’a Pereca Podróż zimowa, przypomnianego ostatnio przy okazji polskiej edycji Podróży zimowych (Wyd. Lokator, Kraków, 2016) autorstwa grupy OULIPO oraz wystawy inspirowanej twórczością Pereca w warszawskiej Zachęcie. Podobieństwo to wydało mi się zaskakujące, więc nowelkę zakupiłem. W obu opowiadaniach główną rolę gra motyw odkrycia fikcyjnej książki...

wtorek, 25 kwietnia 2017

W.G. Sebald o bibliotecznych gmachach

Ostatnim razem wspomniałem opis nowej siedziby francuskiej Bibliothèque Nationale w książce W.G. Sebalda Austerlitz. Przytaczam go poniżej. Bohater powieści, zupełnie jak ci, którzy tęsknią za dawnym gmachem BUWu, odczuwa nostalgię wobec starej siedziby przy rue Richelieu, gdzie lampy o porcelanowych, zielonych kloszach dawały dobre, kojące światło oraz niechęć do nowego budynku-molocha rodem z SF, w którym wszystkie jego niepokoje i lęki się wzmagają. W powieści, której głównym motywem jest poszukiwanie korzeni i próba odbudowania więzi między teraźniejszością, a odebraną przeszłością, to zestawienie ma również sens metaforyczny. Austerlitz w końcu stwierdza, że w nowej siedzibie nie ma szans na odnalezienie świadectw dotyczących jego ojca. Sebald o tym nie pisze, ale stara siedziba biblioteki przy rue Richelieu nie została jednak odebrana czytelnikom, i przerobiona na co innego. Na przykład jak BUW, na sale wykładowe. Od kilku lat podlega gruntownemu remontowi i część sal właśnie niedawno, w marcu 2017, została udostępniona zwiedzającym i czytelnikom. W odnowionym kompleksie przy rue Richelieu będą udostępniane zbiory specjalne jak rękopisy czy starodruki. Więcej informacji można znaleźć na stronie internetowej Bibliothèque Nationale.

piątek, 17 marca 2017

Między starym a nowym BUWem

Nigdy nie odczuwałem potrzeby opisania, przeanalizowania i ujęcia w teoretyczne ramy moich relacji z książkami. Być może wynika to z faktu, że książki były dla mnie od dzieciństwa, jak to ujął w jednym z wywiadów Paweł Dunin-Wąsowicz, niczym jajka i ser – oczywistością, codziennością, czymś, co nie wymagało żadnych objaśnień ani uzasadnień. Być może też, zamiast snucia własnych refleksji wolę posłużyć się przykładem, opowieścią albo cytatem. Być może wreszcie, zdaję sobie sprawę z tego, że podejmując próbę podobnych rozważań, wyważałbym otwarte drzwi, jako że tekstów na temat bibliotek i czytania powstało już tyle, że same one zapełniłyby niewielką bibliotekę. I właśnie dołączył do nich tekst kolejny – wydana przez „Więź” wspaniała książka Stary gmach Piotra Matywieckiego. Dawna siedziba Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego przy Krakowskim Przedmieściu, obrosła już własną mitologią, a ci, co ją wspominają, nie stronią od metafizyki.

wtorek, 31 stycznia 2017

Książki w książkach – fizjologie

Część pierwsza Szkoły uczuć kończy się sceną, w której Fryderyk Moreau dowiaduje się o śmierci stryja i o tym, że dziedziczy po nim całość majątku. Staje się z dnia na dzień bogaczem i może wracać do Paryża by prowadzić styl życia, do którego się przyzwyczaił w czasie studiów. Przyjechawszy do stolicy nabywa zatem pałacyk przy rue Rumford, a także powóz, konia, meble oraz dwie żardiniery. Kompletuje też, ma się rozumieć, domową bibliotekę. Nabywa tomiki swoich ulubionych poetów, kilka relacji z podróży, oraz atlasy i słowniki. Urządziwszy się w swym pałacu zaprasza przyjaciół na tzw. osiedliny. Prezentacja biblioteki nie wypada jednak najlepiej, gdyż wszyscy przyjaciele mają jakieś krytyczne uwagi. Malarz Pellerin krzywi się na meble i sugeruje, że zamiast stylu Ludwika XVI należało wybrać nowogrecki, Deslauriers, najbliższy przyjaciel Fryderyka jeszcze ze szkoły w Nogent, nazywa bibliotekę „panieńskim księgozbiorem”, Hussonet z kolei zamiast rozmawiać o książkach, natychmiast zaczyna opowiadać anegdoty o współczesnych autorach francuskich, „krytykować ich wygląd, obyczaje, ubiór, wychwalać umysły piętnastego rzędu i kpić z najwybitniejszych, opłakując, rzecz jasna, upadek literatury”, radykalny socjalista Sénécal pyta z wyrzutem dlaczego Fryderyk nie posiada książek poetów-robotników, zaś pan de Cisy, jest zdziwiony nieobecnością w księgozbiorze „choć paru nowych fizjologii, Fizjologii palacza, wędkarza, strażnika rogatkowego”.