środa, 22 stycznia 2020

Książki w getcie warszawskim

Kiedyś opisałem na blogu dzieje handlu książkami na ulicy Świętokrzyskiej w Warszawie. Przerwane w 1939 roku, miały swój tragiczny finał w getcie warszawskim. Dziś drobne uzupełnienie do tamtego tekstu. Centralna Biblioteka Judaistyczna  przy Żydowskim Instytucie Historycznym udostępnia wiele zdigitalizowanych materiałów: archiwaliów, czasopism, fotografii, w tym pełną edycję Archiwum Ringenbluma. W tomie 29 (oprac. Joanna Nalewajko-Kulikov, Warszawa 2018) znajduje się zapis ze stycznia 1942 zatytułowany Handel książkami. „Nie ma żydowskich księgarń, zostały zamknięte, a książki skonfiskowane. Resztę książek, które udało się uratować z ulicy Świętokrzyskiej, gdzie przez całe pokolenia działali żydowscy księgarze – wyrzuca się bez żadnych zahamowań na ulicę. Głównym centrum handlu uratowanymi książkami stało się Leszno, gdzie z koszy można kupić najlepsze dzieła modnych ostatnio pisarzy.

piątek, 10 stycznia 2020

Patrząc w gwiazdy

Dziś pierwsza pełnia Księżyca w tym roku, zwana tradycyjnie „Wilczym Księżycem”. Nazwa ta, nawiązuje podobno do wycia głodnych wilków, które było słychać w środku zimy. Pełni towarzyszyć będzie inne spektakularne zjawisko: półcieniowe-częściowe zaćmienie Księżyca. Zaglądam regularnie do działu poświęconego kosmosowi na stronie internetowej Londyńskiego Muzeum Historii Naturalnej. Są tam interesujące wiadomości dla obserwatorów nieba. 11 listopada można było na przykład dojrzeć przejście Merkurego przez tarczę Słońca. Zdarza się ono kilkanaście razy w ciągu stulecia. U nas akurat było słabo widoczne, ale na Wyspach wręcz doskonale. Trzeba tylko używać specjalnych filtrów, bo, wiadomo, patrzy się bezpośrednio na słońce. Miesiąc później, 14 grudnia, można było podziwiać geminidy czyli spektakularny deszcz meteorytów z planetoidy Faeton. Lubię czytać te wiadomości, konfrontować naukowy żargon i rzeczowy, fachowy sposób mówienia o zjawiskach astronomicznych z moim własnym, naiwnym spojrzeniem na kosmos.

czwartek, 28 listopada 2019

Ryczka, kwerlajek, rotegryce

Jestem dość zadowolony z tego tytułu, już mówię dlaczego. W jednym z wywiadów zamieszczonych w książce Przejęzyczenie. Rozmowy o przekładzie (Wołowiec, 2015) Ryszard Engelking, autor najnowszego tłumaczenia Pani Bovary (Wydawnictwo SiC!, 2014) wyjaśnia Zofii Zaleskiej skąd wziął się tytuł końcowych przypisów brzmiący: Plotki, przypisy, dywagacje. „A wie pani, dlaczego go wybrałem? – pyta Engelking – Dlatego, że te trzy słowa mają kolejno dwie, trzy i cztery sylaby! To dobrze brzmi! I Flaubert właśnie takie efekty lubił, i takie efekty są w Pani Bovary. Stąd te moje Plotki, przypisy, dywagacje to hołd złożony Flaubertowi.” No więc i ten mój tytuł zawiera taki flaubertowsko-engelkingowski efekt – kolejno dwie, trzy i cztery sylaby – a skoro tak się udało, niech ta notatka będzie z kolei hołdem dla mojej Babci, bo to od niej te słowa w dzieciństwie wielokrotnie słyszałem. Co oznaczają?

czwartek, 14 listopada 2019

Czekając na Gondowicza

Wczoraj byłem na spotkaniu promocyjnym najnowszej książki Jana Gondowicza zatytułowanej Czekając na Golema (Wydawnictwo Nisza, Warszawa, 2019). Dla tych, co zaglądają na mojego bloga, nie jest zapewne tajemnicą, że Gondowicz to jeden z moich mistrzów. Powołuję się na niego, cytuję tu i tam, a kilka moich notatek to wręcz ad vocem jego tekstów. Przede wszystkim jednak jest moim mistrzem czytania i myślenia o literaturze. Dlatego dla mnie było to spotkanie ważne, bez mała wydarzenie kulturalne roku, choć muszę przyznać, że z racji zatrudnień zawodowych odległych od literatury, w tak wielu znowu podobnych wydarzeniach nie uczestniczę, zdecydowanie mniej w każdym razie, niż bym chciał. Spotkanie prowadził Piotr Paziński, redaktor naczelny pisma „Midrasz”, egzegeta Ulissesa Joyce’a, tłumacz opowiadań izraelskiego noblisty Samuela J. Agnona i autor dwóch świetnych tomów prozy Pensjonat i Ptasie ulice, który też o Gondowiczu mówi jako o swym mistrzu.

środa, 16 października 2019

Butenko pinxit

Książka Joanny Solskiej 80-te. Jak naprawdę żyliśmy w ostatniej dekadzie PRL (Czerwone i Czarne, Warszawa, 2018) to obraz gospodarki schyłkowego PRLu, ale nie w ujęciu makroekonomicznym, lecz w przełożeniu na realia życia codziennego. Obraz ten zrobił na mnie wstrząsające wrażenie, bo choć przecież dorastałem w tamtych latach i wszystkie opisane przez autorkę zjawiska: kartki, puste półki, kolejki i oczekiwanie latami na mieszkanie znam z autopsji, to jakbym o nich zapomniał i teraz ponownie uświadomiłem sobie, jak kuriozalny był to świat. Dziś słyszymy bezustannie krytykę kapitalizmu i konfrontowani jesteśmy z ponurymi, publicystycznymi i artystycznymi wizjami beznadziei życia w jego schyłkowej konsumpcjonistycznej fazie. Ale socjalizm realny w wydaniu peerelowskim, nawet jeśli nierówności społeczne były wówczas nieznaczne, też nie był rajem.

poniedziałek, 14 października 2019

Słońce jesieni

Jeden z moich ulubionych fragmentów prozy Jerzego Stempowskiego pochodzi z eseju Słońce jesieni. Jest to relacja z podróży do Jugosławii, którą autor odbył w październiku 1965 roku. Stempowski opisuje w niej uroki Dalmacji, pałac Dioklecjana w Splicie i miasto Zadar. Pisze też o twórczości rzeźbiarza Ivan Meštrovića oraz o swoim spotkaniu z pisarzem M. Mihajlovem. Fragment zaś, który mam na myśli, dotyczy rejsu przez Adriatyk na statku „Egadi”. „W łaźni czy na wywczasach – pisze Stempowski – nie obciążając się większą znajomością rzeczy, szlachetni Rzymianie lubili rozprawiać o obyczajach zwierząt, rzeczywistych i bajecznych. Pokłosie tych rozmów znaleźć można u Seneki, Pliniusza Starszego i innych. Genius loci sprawił, że na pokładzie Egadi zawiązała się rozmowa o obyczajach mew, w takim właśnie antycznym stylu.”

poniedziałek, 7 października 2019

Gombrowicz, Stempowski – dwa spotkania

W tym roku przypada pięćdziesiąta rocznica śmierci Jerzego Stempowskiego (4 października) oraz Witolda Gombrowicza (24 lipca), dwóch pisarzy bardzo mi bliskich i wiele dla mnie znaczących. Co ciekawe, bardzo od siebie różnych, o odmiennych charakterach oraz poglądach na literaturę i wiele innych spraw, a także, wedle wszelkich dostępnych świadectw, nie pałających do siebie sympatią. Przed wojną mijali się często w niedużym, choć barwnym światku literackim stolicy, po wojnie zaś przez wiele lat występowali obok siebie na łamach paryskiej „Kultury”. Osobiście zetknęli się jednak tylko dwa razy, i w obu przypadkach były to spotkania niezbyt fortunne. Za pierwszym razem: nieporozumienie, za drugim niemal ferdydurkiczny pojedynek. Dziś o nich opowiem.

sobota, 5 października 2019

Olimpiada geograficzna

Pieśni stworzenia to tytuł książki Bruce’a Chatwina opowiadającej o jego podróży do Australii i próbach zgłębienia fenomenu religii „czasu snu”. Podobno zżymał się, gdy książkę ustawiano na półce z etykietą „literatura podróżnicza”. Sam uważał, że pisze prozę, która powinna się znaleźć w dziale fiction. Chciał przede wszystkim opowiadać historie. Nieważne czy prawdziwe, zmyślone, albo tylko podkoloryzowane, własne czy cudze. Pociągał go sam żywioł opowieści. Na drugi dzień po tym, jak zamieściłem na blogu notatkę „Tam nic nie ma?”, spotkałem się z Teściem, a ten powiedział: „całkiem zgrabne te twoje wspomnienia z dzieciństwa”. „Ale jakie wspomnienia? – oburzyłem się niczym Chatwin – przecież to proza, a w każdym razie coś z prozatorską ambicją, może nie od razu opowiadanie, ale na pewno opowieść, powiedzmy, szkic, tak, szkic prozatorski, czerpiący jedynie z materii wspomnień, poczynający sobie z nią swobodnie, nieco nawet formę wspomnienia parodiujący, bawiący się wiszącym nad nią nieodzownie cieniem sentymentalizmu” – dowodziłem z uporem godnym lepszej sprawy. Teść nie był przekonany.

czwartek, 3 października 2019

O najnowszej książce Tomasza Wiśniewskiego

Przeczytałem Historie nie do końca zmyślone Tomasza Wiśniewskiego, wydane niedawno przez fundację „Przekroju”. To już trzecia książka tego autora, podobnie jak poprzednie: skromna w objętości, lecz w treści gęsta, niczym owsianka. Tym razem Wiśniewski zainspirowany, jak sądzę, Żywotami urojonymi Marcela Schwoba, tworzy zbiór życiorysów niezwykłych postaci: alchemików, magików, zielarek, czarownic, świętych, magów, hipnotyzerów, rabinów, bibliotekarzy i pisarzy. Większość jest zmyślona, ale zgodnie z tytułem, nie do końca, niektóre są rzeczywiste (np. Jan Potocki, Michał Sędziwój, Biernat z Lublina czy Michał Wojnicz), choć mają zmyślone, ale znów, nie do końca, losy i charaktery. U Schwoba motywem łączącym wszystkie życiorysy był, jak wykazał Jan Gondowicz, fakt, że żaden z bohaterów nie posiadał grobu. Jaki jest motyw przewodni w zbiorze Wiśniewskiego? Nie mam pewności, ale tym, co zdaje się być wspólne dla większości z nich jest poruszanie się na granicy świata widzialnego, dostępnego potocznemu doświadczeniu oraz drugiej strony rzeczywistości. Do sprawy tej jeszcze wrócę na koniec.

wtorek, 10 września 2019

Zebranie

Autor „Nakładu niewyczerpanego” siedział w swoim pokoju wciśnięty w fotel i z rosnącym niepokojem rozglądał się dokoła. Pomieszczenie tonęło w dymie papierosowym i rozbrzmiewało gwarem rozmów. Z pewnym trudem autor „Nakładu niewyczerpanego”, nazywajmy go odtąd dla ułatwienia Pawłem, rozróżniał poszczególne postacie. Pod oknem siedział w fotelu doktor Persky zatopiony w rozmowie z pykającym fajkę Teściem, obok nich piwowar Filip z „Kuflandii” tłumaczący coś znudzonemu Gombrowiczowi, dalej, na krześle pod fikusem, jak się zdaje przysypiający, Guillaume Thomitch. W postaci z uwagą studiującą półki z książkami, Paweł rozpoznał antykwariusza Z. Imowa i odnotował, że ten bezbłędnie zatrzymuje wzrok przy pozycjach co bardziej wartościowych. Obok niego introligator O. P. Rawa krytycznie przyglądał się książkom w oprawach i mruczał pod nosem, że spod jego ręki nigdy by nie wyszła podobna partanina. W kącie przy biurku siedział Stempowski w otoczeniu pań: pilotki Markety ćmiącej cygaretkę w fifce i barmanki Arlety z „Kuflandii”. Kilka postaci sprawiało wrażenie zaledwie naszkicowanych i trudno było je rozpoznać.

poniedziałek, 9 września 2019

Les tous deux

„W korespondencji Paula-Louisa Couriera uchodzącej słusznym tytułem za arcydzieło prozy francuskiej, znajdują się cztery listy do „pana Chlewaskiego” w Tuluzie.” Tak Jerzy Stempowski rozpoczyna esej Monsieur Chlewaski ze zbioru Eseje dla Kassandry (Paryż, 1961). Szkicuje w nim sylwetkę tajemniczego korespondenta Paula-Louisa Couriera, którym okazuje się nieślubny syn księcia Czartoryskiego, generała ziem podolskich, Adam Klewański. Na podstawie wzmiankowanych czterech listów eseista rekonstruuje intelektualną znajomość sprzed półtora stulecia, której kształt, nastrój, przedmiot zainteresowania oraz ustosunkowanie się do współczesności i tradycji, zdają się być mu bardzo bliskie. Korespondencja Couriera zatytułowana Lettres de France et d’Italie zgromadzona w czwartym tomie edycji jego pism pod redakcją Armanda Carrela (Paris, 1828) nie była dotąd, wedle mego rozeznania, tłumaczona na polski. Odkrycie przez eseistę zagadkowego „pana Chlewaskiego” to nie jedyna w niej ciekawostka. Opowiem o jeszcze innej.

niedziela, 25 sierpnia 2019

Tam nic nie ma?

W ferworze zabawy dzieciom często zdarza się głośno, intensywnie i z zapamiętaniem powtarzać jakiś wyraz, zwrot albo całe zdanie. Efekty są czasem zabawne, a czasem zaskakujące. Kiedyś byłem świadkiem jak dziesięcioletni na oko chłopcy zbudowali z plastikowej hulajnogi, jakichś pudeł i drutów pojazd, po czym jeden z nich do niego wsiadł, a drugi próbował go zepchnąć z niezbyt stromej pochyłości drąc się w wniebogłosy. A że seplenił, brzmiało to: „rusaj masyna! rusaj masyna! rusaj masyna!”. Równie dobrze jak wezwanie skierowane do wehikułu, mogło to być radosne oznajmienie płci potomstwa niejakiego Rusaja. Innym razem spędzałem wieczór u przyjaciół.

piątek, 28 czerwca 2019

Biblioteka w cygarze, Otto Jägermeier i (znowu) żółw

Świat ogarnęła wojna spirytystyczna. Nie do końca wiadomo na czym ona polega, w każdym razie jest to katastrofa totalna, niosąca zagrożenie dla całej cywilizacji. Grupie wybrańców udaje się dosłownie w ostatniej chwili uciec do schronu, potężnej budowli w kształcie cygara. W osobliwym tym bunkrze, gdzie zakwestionowaniu ulegają reguły czasu i przestrzeni powstaje coś na kształt społeczeństwa w miniaturze, z władzą, hierarchią i obrzędami. Nie może też zabraknąć biblioteki. „Przez ukryte drzwiczki – relacjonuje narrator Budowniczego ruin, bo o tej niezwykłej powieści Herberta Rosendorfera mowa – dotarliśmy do biblioteki, a raczej na galerię biblioteki, która prowadziła wokoło pomieszczenia w połowie jego wysokości. (…) Szliśmy wzdłuż regałów z książkami. Były to stare, wspaniałe i rzadkie dzieła, jednakowoż wymalowane tylko na ścianie. – To jest wierna kopia biblioteki klasztornej w St. Gallen – powiedział doktor Jacobi – mieliśmy nadzieję, że o oryginalną jeszcze się postaramy. Wszystko przepadło...”.

środa, 19 czerwca 2019

Trzeci sektor

Czytam artykuł o tym, jakie rośliny domowe są najlepszymi zielonymi filtrami. „Gerbera usuwa trichloroetylen i benzen z powietrza, nefrolepis produkuje tlen, a skrzydłokwiat i bluszcz są najbardziej oczyszczającymi powietrze roślinami doniczkowymi według NASA” – informuje portal Zielony Ogródek. Dlaczego NASA stanowi autorytet w dziedzinie roślin doniczkowych? Zagadka. To ja dodam od siebie: „Cytryny, żurawina i jabłka to owoce najbogatsze w witaminę C, jak zapewnia PKP Intercity”. Ponieważ mam w domu kilka bluszczy, zaniepokoiło mnie zdanie z dalszej części artykułu: „bluszcz może cierpieć z powodu przędziorka chmielowca”. Niepokój o doniczki zaraz jednak ustąpił zachwytowi nad samym zdaniem. Od dziecka działał na mnie poetycki urok terminologii botanicznej, zoologicznej i geologicznej. Z jednej z moich pierwszych książek dzieciństwa, zatytułowanej Las autorstwa Elżbiety Burakowskiej pamiętam budzącą mieszaninę obrzydzenia i zaintrygowania ilustrację przedstawiającą owady-obrońców lasu, a wśród nich: szczerklinę z gąsienicą sówki choinówki, kłowacza rdzawego, biegacza skórzastego oraz przede wszystkim gąsienicę kapustnika z obrzędami baryłkarza. Okrutny przędziorek chmielowiec przysparzający cierpień bluszczowi i tajemne obrzędy niejakiego baryłkarza – wkraczamy w świat literatury.

wtorek, 18 czerwca 2019

Lenistwo

Dlaczego od dwóch miesięcy Nakład niewyczerpany milczy? Częściowym wyjaśnieniem jest charakter jego autora, którego pewien rys oddaje być może następujący cytat: „Należąc do tych, którzy zajęci jednym zawsze dumają o czymś innym, nie potrafił usiąść i wyćwiczyć utworu bez zrobienia przerwy na rozwiązanie w myśli problemu szachowego. W szachy grał rozpamiętując porażkę chicagowskich Cubsów, w trakcie meczu myślał o jakiejś pomniejszej postaci z Szekspira, a gdy wracał do domu, nie potrafił usiedzieć nad książką nawet dwudziestu minut, bo zaraz brała go chętka, żeby pograć na klarnecie. Gdziekolwiek więc zaszedł, pozostawiał za sobą bezładny szlak złych posunięć szachowych, nie przeanalizowanej statystyki meczowej i przeczytanych do połowy książek.” Ale niewykluczone, że powodem jest po prostu lenistwo, któremu pora położyć kres. Cytat pochodzi z książki Paula Austera Księżycowy Pałac w przekładzie Roberta Sudoła (Noir Sur Blanc, 1997).

środa, 17 kwietnia 2019

Siedlce białą nocą

W nawiązaniu do notatki o literackich Siedlcach pewien stały czytelnik zwrócił mi uwagę, że moje miasto rodzinne występuje w jeszcze jednej współczesnej polskiej powieści, mianowicie w Białej nocy miłości G. Herlinga-Grudzińskiego, opublikowanej po raz pierwszy w 1999 roku. Jej akcja toczy się w Londynie, pod koniec XX wieku. Sławny reżyser teatralny Łukasz Kleban, będący u schyłku życia, zagrożony całkowitą ślepotą, snuje w myślach autobiografię. Wraca pamięcią do lat dzieciństwa i młodości spędzonych w majątku Rybice pod Siedlcami, do początków miłości i związku z przyrodnią siostrą Urszulą. Równolegle śledzimy dwa wątki: przeżywającego swą starość Łukasza, przygotowującego się do mającej uratować mu wzrok operacji oraz przedwojenne, okupacyjne i powojenne, emigracyjne losy jego i Urszuli.

poniedziałek, 15 kwietnia 2019

Szekspir po polsku

Jeśli chcecie się dowiedzieć kto przekładał w XIX wieku na język polski Hamleta, albo porównać, jak dzieło to brzmi w różnych polskich tłumaczeniach z tego okresu, to teraz macie ułatwione zadanie i nie musicie siedzieć w tym celu w przepełnionej czytelni Biblioteki Narodowej. Ruszył bowiem niedawno portal Polski Szekspir, który gromadzi i udostępnia wszystkie XIX-wieczne polskie przekłady Shakespeare’a. Pełna nazwa tego projektu digitalizacyjnego to Repozytorium polskich przekładów Williama Shakespeare’a w XIX wieku: zasoby, strategie tłumaczenia i recepcja. Projektowi towarzyszy także publikacja elektroniczna prezentująca wyniki badań. Dorzucę do niej swoje trzy grosze.

wtorek, 9 kwietnia 2019

Sztuka snów

Portal Public Domain Review, który popularyzuje zbiory bibliotek cyfrowych w formie mini esejów na rozmaite tematy, proponuje kolekcję zatytułowaną Sztuka snów (The Art of Dreams). Prezentuje w niej kilkanaście dzieł malarstwa i grafiki mających za temat sen i śnienie, począwszy od słynnej „Zmory sennej”, którą namalował w 1781 Henry Fuseli, po rysunki Williama Blake’a, Odilona Redona czy erotyk japońskiego malarza Hokusai zatytułowany „Sen żony rybaka”. Notatką niniejszą chcę zwrócić uwagę na portal Public Domain Review, którego autorzy wygrzebują z Internetu rozmaite skarby i osobliwości (np. Un autre monde J. J. Grandville’a, o którym wspominałem tutaj), a do tego ciekawie i zwięźle o nich piszą. Ale jest jeszcze inny powód. Otóż po niedawnej lekturze książki Elizy Kąckiej, dużo myślę o związkach snów i literatury. Temat ogromny, nieogarniony, więc tylko kilka uwag.

niedziela, 7 kwietnia 2019

Przygoda w Padstow

Zdarzyło się to podczas jednej z naszych wiosennych wypraw do Anglii. Tego roku pojechaliśmy do Kornwalii, by powędrować kilkadziesiąt mil słynną nadmorską South West Coast Path. Jest to szlak turystyczny, który biegnie całym wybrzeżem kornwalijskim, od Somerset’s Minehead na północy, po Poole Harbour w Dorset na południu. Wybraliśmy odcinek na północy zaczynający się w położonej w dolinie rzeki Valency miejscowości Boscastle, słynącej z uroczej zatoki, muzeum czarów oraz tego, że jeden ze swych romansów przeżył w niej pisarz Thomas Hardy. Z dworca Paddington w Londynie dojechaliśmy do Bodmin skąd trzema różnymi autobusami, przez Holsworthy i Bude w końcu pod wieczór dotarliśmy do Boscastle. Transport publiczny w Anglii jest fatalny i ulega postępującej degradacji od czasów M. Thatcher i zapoczątkowanego przez nią szału prywatyzacyjnego. Na jego skutek, w imię racjonalizacji i ekonomicznej efektywności, mnóstwo lokalnych tras kolejowych i autobusowych oraz wygodnych połączeń zostało zlikwidowanych. Z Bodmin do Boscastle w prostej linii jest kilkadziesiąt mil, ale autobusy pokonują dystans pięciokrotnie dłuższy.

piątek, 22 marca 2019

Siedlce w literaturze

Moje rodzinne miasto rzadko trafia do literatury, więc gdy już trafia, staram się to odnotować. Piotr Siemion w Dzienniku roku Węża (Wołowiec, 2015) pisze: „W Siedlce nikt (nikt z ludzi możnych i eleganckich) zwyczajnie nie wierzy, a szkoda. Lepiej by zrobili, gdyby posłuchali mojej nieboszczki babki Apolonii Siemion, która w gubernialnej stolicy nad rzeką Muchówką kończyła pensję dla panien i do końca życia powtarzała, że „Siedlce, wiecie, to bardzo wielkie i bardzo piękne miasto”. Odwiedzającym Siedlce, czy będącym w nich przejazdem, a i niejednemu mieszkańcowi, z trudem, jak sądzę, przychodzi opinię Siemiona i jego babki podzielić. Być może nawet będzie wietrzył w niej sarkazm. W istocie bowiem Siedlce nie są ani wielkie, ani tym bardziej piękne, choć posiadają kilka atrakcyjnych architektonicznie fragmentów. Dla mnie jednak to miasto zawsze będzie miało w sobie wiele niepowtarzalnego uroku. Cóż, jak pisał w Szukaniu ojczyzny Czesław Miłosz: „Dobrze wiadomo, że nawet nędzny kraj, wioska, miasto, jeśli tam upłynęło nasze dzieciństwo, przystraja się w upiększające barwy.”

niedziela, 17 marca 2019

Domm

Dziś publikuję opowiadanie Marcela Schwoba zatytułowane Domm (Le Dom) w tłumaczeniu Jana Lorentowicza. Po Dziewicach Miletu i Opiumowej bramie, to ostatnie z trzech opowiadań, które znalazłem w polskich tłumaczeniach, i które nie weszły do zbioru Żywoty urojone i inne prozy, wydanego przez PIW w 2016 roku. Tym razem Schwob nas zabiera do starożytnych Indii i opowiada o pewnym bogatym radży, który postanowił zostać ubogim. Wątek zdradza pewne podobieństwa z mającą liczne wersje literackie chrześcijańską legendą o świętym Aleksym. Opowiadanie jest znakomite i schwobowskie do szpiku kości. Dwa słowa o tłumaczu i autorze wyboru, w którym Domm się znalazł, zatytułowanym Wybór nowel francuskich (Warszawa, Księgarnia T. Jezierskiego, 1902 – książka jest dostępna w Bibliotece Cyfrowej UMCS).

czwartek, 7 marca 2019

Śniło mi się, że...

„Śniło mi się, że…” – któż z nas nie wypowiedział tego zdania choć raz w życiu. Sen to jedno z powszechniejszych doświadczeń ludzkości. Uniwersalne i wspólne wszystkim, a jednocześnie osobiste i niepowtarzalne. Zapamiętywanie i zapisywanie snów to osobna sztuka i umiejętność. Sny doniesione na brzeg jawy znikają bowiem momentalnie, jak rysunki na piasku zalewane przez morskie fale. Ale to nie jedyna przeszkoda. Swoistą logikę snu, według której wszystko się ze sobą wiąże, wszystko jest płynne i się nieustannie przekształca, sprawy dzieją się równocześnie, rzeczy i ludzie są tym, a jednocześnie czymś innym, trzeba zapisać racjonalnym językiem jawy. W tym przekładzie nieuchronnie coś tracimy, choć jednocześnie coś zyskujemy. Tym czymś jest opowieść, a stąd już krok do literatury. Ten krok wykonała Eliza Kącka w wydanej właśnie książce Po drugiej stronie siebie (Lokator, 2019).

wtorek, 5 marca 2019

W balonie

(Ciąg dalszy opowiadania Dzikie drożdże). Balon parkował na Placu Trzech Krzyży. Był imponujących rozmiarów. Unosił się jakieś dwa metry nad ziemią i lekko kołysał. Liny przytrzymujące go były bezczelnie okręcone wokół pomnika Witosa. Gdy dotarliśmy na miejsce, zauważyliśmy, że Gombrowicz i Stempowski gdzieś się po drodze zawieruszyli. „A gdzie panowie pisarze?” – zapytał Teść rozglądając się na boki. „Wie pan, jak to z literatami – odparł dr Persky – nie są to zazwyczaj ludzie czynu. Pan Jerzy uznał, że podróż balonem jednak zaszkodzi jego błędnikowi, gdyż przeszedł niedawno otitis i jeszcze się nie pozbył całkowicie jego skutków, a poza tym, jak zaznaczył, lepiej nam się przysłuży, jeśli spróbuje wyprowadzić w pole tych dwóch szpicli, którzy nas śledzili, zdaje się, nomen omen, dwójkarzy. Pan Witold natomiast pod wpływem widoku balonu poczuł nagły przypływ natchnienia i pobiegł do domu pisać”.

środa, 27 lutego 2019

Słoik

Termin „słoik” pojawił się kilka lat temu. Określa się nim młodych ludzi szukających pracy i szczęścia w stolicy. Ich cechą charakterystyczną są słoiki z przetworami i jedzeniem, które przywożą co tydzień ze swych domów na prowincji. Termin ma odcień pejoratywny, przez wielu jest odbierany jako obraźliwy i dyskryminujący. Osobiście jako niegdysiejszy „słoik” nie przejmuję się nim. Po pierwsze zjawisko jest stare jak świat. Wielkie metropolie od zawsze wchłaniały przybyszów z prowincji, od zawsze były zasilane przez ich ręce do pracy i umysły. W ten sposób przecież powstały i rozwinęły się, w tym ich siła i atrakcyjność. Po drugie „słoiki” mają wielkich poprzedników, na przykład Guillaume Apollinaire.

wtorek, 26 lutego 2019

Geniusze

Kiedyś lubiłem grać w szachy, mimo, że przeważnie przegrywałem. Nie należę do bystrzaków. Nigdy nie opanowałem tych wszystkich debiutów, gambitów i obron. Grałem na żywioł. Jeśli stosowałem obronę sycylijską, albo otwarcie Rétiego, to zupełnie nieświadomie. Moim największym sukcesem były dwa remisy pod rząd w partiach granych z R. w Galerii Off przy Puławskiej wiosną 1999 roku. R. był geniuszem, studiował matematykę i astronomię, grał często na pieniądze z szachowymi wyjadaczami i przeważnie wygrywał. Byłem z tamtych remisów dumny przez wiele lat. Później dowiedziałem się, że R. pogrążał się wówczas coraz bardziej w psychozie i uzależnieniu od heroiny. Wtedy w Galerii Off nie skupiał się w ogóle na grze ze mną, obserwował partię, którą przy stoliku obok rozgrywał Bobby Fischer ze Spasskim.

sobota, 16 lutego 2019

Wspomnienia Ireny Lorentowicz

W ubiegły weekend pojechałem do Kazimierza nad Wisłą, niestety z grypą i większość czasu przesiedziałem w pokoju. Z okna widziałem basztę, kawałek Wisły i gawrony. W końcu jednak wyszedłem na krótki spacer. To jedyna pora roku, kiedy w pełni można podziwiać kazimierski rynek, nie zasłonięty i nie zeszpecony przez parasole piwnych ogródków, reklamy lodów, kogutów i stoiska z balonami. Było szaro, mglisto, cicho. Kępy jemioły na łysych drzewach nad Wisłą, strużki dymu leniwie snujące się z kominów na gontowych dachach, ołowiane niebo wiszące nad Górą Trzech Krzyży, czarne ściany jatek przy Małym Rynku, trochę śniegu. Muzeum Nadwiślańskie, w którym chciałem obejrzeć obrazy Krzyżanowskiej i Baakego było zamknięte z powodu remontu. Poszedłem więc do herbaciarni „U Dziwisza”. Mają tam kilka półek z książkami, z jednej z nich przypadkiem wyciągnąłem Oczarowania Ireny Lorentowicz (Pax, Warszawa, 1975) i z zainteresowaniem przeczytałem.

niedziela, 10 lutego 2019

Ach! ile pierza gęsiego

W maju 1901 roku Elinor Hölterhoff, wicehrabina de Milhau angażuje Apollinaire’a jako nauczyciela języka francuskiego dla swej córki Gabrieli. Latem wszyscy wyjeżdżają do Nadrenii, gdzie wicehrabina posiada pałac oraz letnią rezydencję. Apollinaire nudziłby się tam jak mops, gdyby nie angielska guwernantka Gabrieli, piękna i skromna Annie Playden. Poeta zaczyna się do niej intensywnie zalecać. Odbywane w przerwach między lekcjami wspólne spacery po pałacowym parku, nad brzegiem Renu i po okolicznych lasach są okazją do bliższego poznania się i namiętnych wyznań. Apollinaire jest zakochany. Annie zdaje się nie odwzajemniać uczucia, ale też i nie jest całkiem obojętna na niezwykły urok i żywiołowy temperament młodego poety.

czwartek, 24 stycznia 2019

Trzy spotkania z Borgesem

Borges należy do tych pisarzy, którzy nieodmiennie inspirują i stanowią punkt odniesienia. W recenzjach, omówieniach czy blurbach różnych książek możemy znaleźć takie zwroty, jak: „w duchu Borgesa”, „oddaje hołd Borgesowi”, „wzorowany na Borgesie”, „wzięty z Borgesa”, „czeski Borges” (o pisarzu Michalu Ajvazie), „szkoła, która wydała Borgesa” (o Marcelu Schwobie oraz kręgu czasopisma „Mercure de France”). Zwrot „jak z Borgesa” funkcjonuje na tych samych prawach, co sformułowanie „jak z Kafki”, choć naturalnie oznacza co innego i nie ma tak szerokiego zastosowania. J.L. Borges to niemal literacka instytucja oraz rodzaj współczesnego pisarsko-czytelniczego mitu, w którym znajdziemy figury erudyty i czytelnika, biblioteki i labiryntu, oraz motywy gier wyobraźni oraz literackich mistyfikacji. Ponieważ większość z nas lubi, jak sądzę, czytać o tym, co pisarze mówią i piszą o innych pisarzach, ja w każdym razie lubię, to dziś opowiem o trzech spotkaniach pisarzy języka angielskiego z Borgesem.