środa, 11 lutego 2015

Silva rerum

Mieczysław Grydzewski, Silva rerum, wybór Jerzy B. Wójcik, Mirosław A. Supruniuk, Iskry, Warszawa, 2014, 849 s.

W 1994 roku w szkicu Klub Miłośników Wiedzy Zbytecznej napisanym przy okazji wydania Silva rerum Mieczysława Grydzewskiego w niszowym wydawnictwie z Gorzowa Wielkopolskiego, Jan Gondowicz z melancholią zauważył: „Zawsze myślałem, że gdy już wybuchnie wolność, książki ludzi tak zasłużonych dla kultury polskiej, jak Grydzewski, wyjdą na kredowym papierze, w skórze krokodylowej i złocone po brzegach”. Teraz, po dwóch dekadach sytuacja ta zostaje w jakieś mierze naprawiona i wprawdzie nie w skórze krokodylej i nie na kredowym papierze, ale za to w solidnej twardej oprawie z obwolutą, licznymi fotografiami i ciekawym wstępem autorstwa Mirosława A. Suprunika, ukazał się nakładem Iskier obszerny wybór sylw pisanych przez Grydzewskiego na przestrzeni ponad dwóch dekad .


Przy okazji pierwszego wydania Gondowicz pisał: „Mieczysław Grydzewski, sławny redaktor przedwojennych „Wiadomości Literackich”, wojennych „Wiadomości Polskich” i powojennych „Wiadomości”, jeden z filarów emigracyjnego polskiego Londynu i człowiek, który wydawanie tygodnika umiał przekształcić w sztukę. Jego właściwą pasją były jednak sylwy. Ogromny zbiór kuriozów, gromadzony przez Grydzewskiego na łamach jego pisma, rojowisko przyczynków, cytatów, wspomnień, spostrzeżeń i plotek przynosiło w ciągu ćwierćwiecza czytelnikom londyńskich „Wiadomości” wytchnienie od potępieńczych emigranckich swarów Grydzewski wiedział bowiem, że od czasów imć Paska, gdy to każdy godny swego miana szlachcic spisywał w księdze gospodarskiej wieści o wojnach, gradach i dwugłowych cielętach, ów literacki gatunek o szczególnie dwuznacznym i nieokreślonym charakterze zaspokaja jakąś arcypolską potrzebę duszy. Opracowany przez Jerzego B. Wójcika wybór z Silva rerum ujawnia ledwie próbkę owego skarbu, wydłubanego kamyczek po kamyczku z niezgłębionych czeluści czytelni British Museum. Tuwim, przed Grydzewskim najwybitniejszy sylwista współczesny, który go też zaraził swą pasją, mógł w powojennej Warszawie tylko marzyć o takim złożu Wiedzy Niepotrzebnej”.

„Wiedza niepotrzebna” to oczywiście skrót myślowy. Sporo uwag Grydzewskiego na temat współczesności i spraw aktualnych, to po prostu solidna publicystyka podana w tonie lekkim i aforystycznym. To, co z kolei uznalibyśmy za ciekawostki obyczajowe i curiosa z dawnych wieków, dziś staje się przedmiotem poważnych studiów naukowych na temat historii obyczajów i życia codziennego. Tendencja ta zresztą pojawia się już w czasie, gdy Grydzewski pisał swe sylwy. W latach 50-tych już rozwijał się nurt historii społeczno-gospodarczej. Do niego należała np. książka Lawrence’s Wrighta Clean and Decent (1960) poświęcona, jak pisze Grydzewski „dziejom wanny i klozetu”. Z książki tej wydobywa Grydzewski rozmaite ciekawostki i podaje jako anegdoty, ale już dwie dekady później tematy takie jak: historia higieny, chorób i medycyny, prostytucji, dawnych kulinariów i obyczajów biesiadnych, kolekcjonerstwa i rozrywek, etc., staną się zagadnieniami dyskutowanymi na akademickich seminariach i przedmiotami poważnych doktoratów.

Trudno nawet w przybliżeniu określić zakres tematyczny tych notatek, szkiców, uwag, dygresji i przyczynków. Zgodnie z definicją „lasu rzeczy” znajduje się tu wszystko, co mogło zainteresować kompilatora, od spraw lekkich i trywialnych po zagadnienia poważne. Obok zatem ciekawostek obyczajowych Grydzewskiego interesuje polityka i najnowsza historia, dzieje dyplomacji i jej kulisów, zagadnienia genealogiczne, literatura i ciekawostki na temat pisarzy, dzieje języka i zapożyczeń językowych. Dużo miejsca poświęca tematyce żydowskiej, stosunkom polsko-żydowskim i antysemityzmowi i mimo zasadniczej powagi tych zagadnień, także tutaj nie brakuje anegdot, a Grydzewski patrzy na nie wyjątkowo trafnie i dużym dystansem.

Mieczysław Grydzewski w czytelni British Museum, źródło: Biblioteka UMK

Źródłem Grydzewskiego były gazety i czasopisma współczesne oraz dawne (głównie dziewiętnastowieczne), relacje pamiętnikarskie, druki bibliofilskie i broszury, dawne herbarze, atlasy i bibliografie, ale także bieżące nowości wydawnicze, głównie angielskie. Jego miejscem pracy zaś stała się czytelnia British Museum. „Nazywał bibliotekę British Museum podręczną biblioteczką „Wiadomości” – pisze Mirosław A. Supruniuk w obszernym szkicu biograficznym o Grydzewskim zamieszczonym na wstępie książki. Na pytanie „brytyjskiego dziennikarza, opisującego bywalców „Britisza”, czy nie ma wielu własnych książek, miał odpowiedzieć: ”I have seven milion of them”.

Przed wojną i w czasie wojny Grydzewski nie zajmował się w ogóle pisaniem. Natomiast w Londynie po wojnie „spłynęła nań – jak to określił Marian Hemar – łaska świetnego pisania”. W zaciszu czytelni British Museum „pławił się w rozpuście erudycji”. Codziennym, wielogodzinnym wizytom w bibliotece podporządkował swą rutynę dnia i przedkładał je nad towarzystwo luminarzy emigracyjnego Londynu.

Mimo upływu czasu efekty tego „pławienia się w rozpuście erudycji” nadal znakomicie się czyta. Duży walor ma zdroworozsądkowy, liberalny – angielski, chciałoby się powiedzieć – światopogląd Grydzewskiego. Przenika on ocenę spraw aktualnych i sporów o przeszłość oraz dyktuje rozbrajanie rozmaitych stereotypów dotyczących np. Żydów i antysemityzmu, ale także Polski i Polaków, stereotypów, z którymi na emigracji stykał się nierzadko. Poza tym, Hemar miał tu rację, okazało się, że Grydzewski dysponuje świetnym piórem, lekkim i ciętym.



Jan Gondowicz pisze, że „w odróżnieniu od zbieranego w ponurym czasie Tuwimowskiego Cicer cum caule, skarbiec Grydzewskiego można też dziś przetrząsać bez odruchów wstrętu. Obaj jednak podobnie lubili traktować szczegół z przeszłości jako aktualną aluzję”. W tym ostatnim Grydzewski na emigracji miał o wiele łatwiej niż Tuwim w kraju i mógł otwarcie mówić o wielu sprawach. Stąd takie notatki jak bardzo krytyczna wobec poety reakcja na tzw. „sprawę Miłosza” (niepozbawiona obserwacji skądinąd słusznych), kilka uwag na temat postaw zaangażowanych na rzecz nowej władzy literatów (dostaje się tu głównie Tuwimowi), czy też liczne uwagi o Stalinie, historii bolszewizmu, czy sympatiach lewicowych na Zachodzie.

Jednak jeśli chodzi o Tuwima to mówienie o „odruchu wstrętu” jest chyba przesadą. Choć rzeczywiście w Cicer cum caule, zbiorze gromadzonym w latach 50-tych odnajdziemy sporo elementów trybutu płaconego władzy komunistycznej i oficjalnej ideologii, to trzeba zauważyć, że objawiają się one głównie w antyklerykalizmie i piętnowaniu rzekomego rozpasania dawnych „klas posiadających” i podtrzymywanego przez nie w polskim społeczeństwie obskurantyzmu. Prawda jest jednak taka, że owe złośliwości są poczciwymi żarcikami przy rozmaitych ekscesach dzisiejszego antyklerykalizmu, albo gdy zestawi się je z licznymi debatami czy komentarzami w mediach współczesnych.

Wracając do Grydzewskiego trzeba powiedzieć na koniec, że godna podziwu i naśladowania w epoce „kopiuj/wklej” jest skrupulatność autora. Według Marii Danilewicz-Zielińskiej pisał on swe notatki ze stałą świadomością braków w wiedzy i konieczności ciągłego sprawdzania każdego szczegółu. Nie przypadkiem więc, w zbiorze znalazła się anegdota na temat H.W. Rossa, wieloletniego redaktora „New Yorkera”. Podziwiając jego pasję dokładności, porządku i systematyczności Grydzewski pisze: „W dążeniu do precyzji Ross stał się maniakiem. Żartowano sobie, że jeśli ktoś wymienił w kronice miejskiej Empire State Building, Ross posyłał reportera, żeby sprawdził, czy gmach ten jeszcze stoi”.

Samemu Grydzewskiemu jest przypisywana sentencja w podobnym duchu: „ja wprawdzie świetnie wiem, że Pana Tadeusza napisał Juliusz Słowacki, ale na wszelki wypadek zawsze sprawdzam”. Całkiem zaś już na poważnie w Silva rerum przywołana jest następująca historia: „Jedną z najpopularniejszych postaci w Oxfordzie na przełomie XVIII i XIX w. był dziekan kolegium Magdalen Martin Routh, wyświęcony na kapłana w roku 1777. Przez sześćdziesiąt lat mieszkańcy Oxfordu oglądali staromodną perukę człowieka, który znał zarówno dr. Johnsona, jak kardynała Newmana, a który w wieku 94 odbywał sześciomilowe spacery i czytał do późna w noc. Umarł mając lat 99. Ten to Martin Routh spytany przez młodego adepta o radę życiową odpowiedział słynnym: „Zawsze sprawdzaj to, na co się powołujesz (Always verify your references)”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz