czwartek, 7 marca 2019

Śniło mi się, że...

„Śniło mi się, że…” – któż z nas nie wypowiedział tego zdania choć raz w życiu. Sen to jedno z powszechniejszych doświadczeń ludzkości. Uniwersalne i wspólne wszystkim, a jednocześnie osobiste i niepowtarzalne. Zapamiętywanie i zapisywanie snów to osobna sztuka i umiejętność. Sny doniesione na brzeg jawy znikają bowiem momentalnie, jak rysunki na piasku zalewane przez morskie fale. Ale to nie jedyna przeszkoda. Swoistą logikę snu, według której wszystko się ze sobą wiąże, wszystko jest płynne i się nieustannie przekształca, sprawy dzieją się równocześnie, rzeczy i ludzie są tym, a jednocześnie czymś innym, trzeba zapisać racjonalnym językiem jawy. W tym przekładzie nieuchronnie coś tracimy, choć jednocześnie coś zyskujemy. Tym czymś jest opowieść, a stąd już krok do literatury. Ten krok wykonała Eliza Kącka w wydanej właśnie książce Po drugiej stronie siebie (Lokator, 2019).


Przyzwyczajeni jesteśmy, że w przypadku snów najważniejsza jest ich interpretacja. Począwszy od snów biblijnych, przez senniki powstające w starożytności, a potem, od późnego średniowiecza masowo drukowane i sprzedawane na targach i odpustach, aż po dwudziestowieczną psychoanalizę, ludzie próbują odgadnąć i zrozumieć co dany sen oznacza, co mówią nam przeżywane we śnie historie, co symbolizują widziane obrazy i osoby. Czynność ta ma wymiar poznawczy oraz terapeutyczny. Z pewnością ktoś z nastawieniem jungowskim, szukający archetypów, mitycznych prawzorów i odwiecznych mechanizmów, poszaleje sobie czytając książkę Kąckiej. Na przykład co oznacza nałóg łykania torebek z herbatą?

Ale dla mnie ważniejsze jest co innego. Kącka wydobywa ze snu, czy też raczej z opisu snu, przede wszystkim jego walor literacki. Wykorzystuje jego potencjał fabularny, walory językowe oraz siłę mechaniki wyobraźni. Jej opisy snów czytałem jak dziełka literatury gnomicznej, miniaturowe opowiadania albo poematy prozą, mające główną bohaterkę i fabułę, czasem całkiem wyraźnie (jak na sen) zarysowaną. Opowiadania niepokojące, zagadkowe, czasem z puentą, często zabawne. Kafka jest w Lidzbarku Warmińskim i hoduje patyczaki. Rewelację tę przekazuje narratorce Sienkiewicz, który się zastanawia, czy by mu nie wynająć pokoju w bloku na nowym osiedlu. Albo narratorce wyrasta ogon jaszczurczy. Przerabia więc ubrania, pisze podania o pracę dla osoby z ogonem. Albo rozmawia z Immanuelem Kantem, małym jak szczurek, a potem wsadza go do koperty i wysyła do Królewca.

proj. okładki PIO Kaliński

Czytając onironarracje Kąckiej często uświadamiałem sobie fundamentalną wspólnotę doświadczenia śnienia, naturalnie nie w zakresie treści, ale samych mechanizmów, samej logiki marzenia sennego. Niby oczywiste – czytało się przecież już to i owo, Jung, Joyce, te sprawy – a jednak jest tu posmak rewelacji. Co chwilę mówiłem sobie: ależ tak, tak właśnie jest! Gdy śnię, to tak właśnie mam! Wiem, a może tylko przeczuwam. Ulica, po której idę, jest tą ulicą dobrze mi znaną, a jednocześnie zupełnie inną. Uczestniczę w czymś, czego nie do końca rozumiem, ale jakoś sobie radzę („we śnie trzymam wiaderko z białą farbą i pędzel. wiem, że gram, ale nie wiem, z kim.”) i tak dalej.

Tematyka snów Kąckiej to często motywy związane z jej pracą zawodową badaczki literatury i wykładowczyni uniwersyteckiej. Mamy więc sceny z pisania doktoratu i z zajęć na uczelni, z egzaminów, mamy wypisywanie rewersów w czytelni Biblioteki Narodowej, spotkania z pisarzami, głównie nieżyjącymi. Ważną rolę odgrywa też Lidzbark Warmiński, rodzinne miasto autorki, do którego często w snach wraca, a także wspomnienia z dzieciństwa, ze szkoły. W tym wszystkim są przebitki z życia codziennego: jazda komunikacją miejską, spotkania z sąsiadami, czasem polityka i bieżące wydarzenia. Ta zwykłość ulega fantasmagoryzacji, a z prozy życia autorka potrafi wydobywać poezję: „sąsiad z pierwszego piętra, notoryczny palacz i smutny odludek. tak, widzę, czeka pod sklepem, pod Lewiatanem, jest gotowy. trzyma przed sobą kaloryfer na pasku. jak harmonię.”

Z racji zawodowych zatrudnień Kąckiej, nie sposób nie zwrócić uwagi na stronę formalno-językową jej książki. Na przykład skąd rezygnacja z wielkich liter na początku zdań? Od Alkoholi Apollinaire’a, a zwłaszcza jego Kaligramów począwszy, wiadomo (choć już i u naszego Norwida manipulacje ortografią odgrywają pewną rolę), że takie zabiegi nie są bez znaczenia. Co oznacza zatem ten zastosowany przez Kącką? Czy chodzi tu o podkreślenie różnicy reguł jakie panują w świecie snu i jawy? A może o zaznaczenie notatkowego charakteru zapisu? Sen przecież trzeba zapisać jak najszybciej, kto by się więc bawił w wielkie litery? Dlaczego jednak zatem nazwiska, imiona i nazwy własne autorka pisze z zachowaniem przyjętych reguł? Czyżby polonistyczno-pedagogiczne wcielenie było na tyle silne, że nie pozwala jej pójść na całość i napisać: „schulz”, „canetti”, „brzozowski”, „sielecka”, „ursynów”?

W każdym razie, bez wątpienia Kącka dąży do maksymalnej kondensacji. Używa zdań krótkich, często równoważników zdań, wiele pozostawia dorozumieniu czytelnika. Ten zapis – szybki, skrótowy – ma, jak sądzę, podkreślać dynamikę śnienia i spełnia swą rolę. A jednocześnie nie wyklucza możliwości powstawania pięknych fraz, pełnych rozmachu, np.: „Ursynów jak Jezioro Genewskie. czuję ostry zapach soli i wiem, że to aromat ekspansji, zapowiedź pochodu jeziora.”

Kącka nie stosuje jakiejś zauważalnej stylizacji językowej, nie wysila się ani na „literackość”, ani na „język ulicy”. Używa języka potocznego, choć trzeba przyznać, że jest to potoczność swoista, niejednolita, kontrapunktowana wtrętami z różnych rejestrów języka. Pewnym rozczuleniem napełniają mnie na przykład zwroty typu: „wiem, że zaraz mnie kropną”, „czuję spluwę na plecach”, „odpicowany”, które pochodzić by mogły z książek Niziurskiego, albo wręcz, jak staroświeckie „barabanić” („śni mi się barabanienie w pulpit”), z repertuaru mojej babci.

Z drugiej strony mamy całkiem już nowoczesną, facebookowo-internetową mowę, jak w zwrotach: „wiem, że ich znam, ale desygnatów w realu brak”, „komp”, „najlepsza na dzielni”, czy „maile (…) traciły byt sieciowy, zostawiając po sobie kłopotliwe wirtualne dziury w rozlicznych wątkach”, albo „fotki wiszące w necie uwolniły piksele”. Czasem też przeniknie coś jakby z języka okresu, którego literaturą Kącka się zajmuje, a więc: „zaczem”, „smętne jesteśmy samotrzeć”, „szkoda by było fatygować po próżnicy”, „ino”, „trza się było uczyć”. Świetne są neologizmy Kąckiej: „zatyłcze”, „mantrowałam pod nosem”, „mężczyźni krasnalich rozmiarów”, „rozmościła się”, „szyba przymętnionego akwarium”, „słońce ostre i wyżowe”, „tomik miał polotliwy tytuł”, „nauczyciel kiele czterdziestki”, „ulepne krople słodkiej wody”, czy mój ulubiony (konotujący też zachęcającą zawartość) – „wódkowodzianka”.

Właśnie! Jest już północ i muszę kończyć. Zaraz przyrządzę sobie porcję wódkowodzianki, korzystając z przepisu ze snu Kąckiej i sam udam się śnić. A wy przeczytajcie koniecznie Po drugiej stronie siebie!

3 komentarze:

  1. Ależ perełka! Pogratulować erudycji, czytam kolejne blogowe notki na wyrywki i co jedna to lepsza. Wielka szkoda, że nie da się jakoś sensownie śledzić całości (może jakiś FP na Facebooku czy innym serwisie?).
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. FP ani innego nie planuję. Proszę zaglądać od czasu do czasu, nie tak znowu często coś zamieszczam. Pozdrawiam!

      Usuń
  2. Super opisane. Chcieć mieć!

    OdpowiedzUsuń