sobota, 20 września 2014

Jan Kleczyński o Konradzie Krzyżanowskim w „Życiu Polskim” 1914

W zbiorach Zbigniewa Chomicza zachował się oprawiony tom zeszytów miesięcznika „Życie Polskie” wydawanego we Lwowie w 1914 roku, pochodzący z księgozbioru pracowni przy Koszykowej. W numerze 6 znajduje się artykuł Jana Kleczyńskiego o Konradzie Krzyżanowskim. Według bibliografii zestawionej przez monografistkę twórczości Krzyżanowskiego Liję Skalską-Miecik jest to pierwszy większy tekst prezentujący sylwetkę malarza i analizujący jego twórczość. Tekst publikuję poniżej w całości, a przy okazji chciałbym trochę opowiedzieć o samym czasopiśmie. Wydawane we Lwowie przez księgarnię H. Altenberg, G. Seyfarth, E. Wende „Życie Polskie” nosiło podtytuł „miesięcznik ilustrowany poświęcony literaturze, sztuce i sprawom społecznym”. Początkowo kierownikiem artystycznym pisma był malarz i grafik Antoni Stanisław Procajłowicz, uczeń krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, w której studiował u Wyczółkowskiego, Stanisławskiego i Malczewskiego, ilustrator „Chimery” i Kalendarza Robotniczego, a od września 1914 roku żołnierz Legionów Piłsudskiego. Począwszy od numeru 4 funkcję tę przejął Wacław Zbigniew Czerny, wcześniej współpracownik i ilustrator pisma. Kierownikiem literackim był pisarz i dziennikarz Stanisław Dzikowski.


Wśród redaktorów należy wymienić Alfreda Altenberga, który po ojcu Hermanie przejął potężne wydawnictwo lwowskie i był też głównym obok Ludwika Fiszera wydawcą pisma oraz Stanisława Lama, pisarza, krytyka literackiego i wydawcę, przez niemal całe międzywojnie redaktora naczelnego jednego z największych polskich wydawnictw – firmy Trzaska, Evert i Michalski. Wśród autorów znajdziemy takie nazwiska jak Wiktor Gomulicki, Jerzy Żuławski, Czesław Jankowski, Kornel Makuszyński czy Wacław Sieroszewski.


Lwów w tamtym okresie był kwitnącym ośrodkiem polskiego życia społeczno-kulturalnego. Jak pisze znawca tematu Jerzy Jarowiecki: „Miasto wkroczyło w dwudziestolecie międzywojenne z poważnym dorobkiem literacko-artystycznym z przełomu XIX i XX wieku, miało chlubnej wartości środowisko literackie i artystyczne, teatralne, ruch wydawniczy oraz rozbudowane środowisko prasowe. Tu debiutowali twórcy, którzy stworzyli drugą formację pokolenia Młodej Polski.”

Jarowiecki przywołuje wypowiedź Tymona Terleckiego, który w 1930 roku na łamach „Słowa Polskiego” pisał: „nie było we Lwowie na przełomie dwu stuleci ucisku rzeczywistości historycznej, rzeczywistości politycznej jak w Warszawie. Z woli losu Lwów mógł być miastem bardziej zachodnim, bardziej europejskim, bardziej stołecznym niż Kraków czy Warszawa. Zamiast estetycznego eskapizmu Miriama, zamiast Wyspiańszczyzny, kompleksowego uwikłania w tradycję romantyczną, w swoiście polską problematykę literacką, Lwów tej doby charakteryzowała swoboda, wielostronna twórcza współwibracja z Europą. Nad czysty estetyzm Warszawy, nad kontynuację wieszczostwa w Krakowie, to miasto wnosi wolność intelektualną i twórczość intelektualną.” (Jerzy Jarowiecki, Czasopisma literackie i społeczno-kulturalne we Lwowie w latach 1918-1939, „Rocznik Historii Prasy Polskiej”, t. XI (2008), z. 1-2 (21-22), s. 17-18.)

Świetnie zapowiadające się „Życie Polskie”, gromadzące znanych autorów, bogato ilustrowane, drukowane na bardzo dobrym papierze, który z powodzeniem przetrwał cały wiek, ze sztywnymi, kolorowymi okładkami podzieliło los wielu innych lwowskich tytułów prasowych w tamtym czasie. Jak obliczył Jerzy Jarowiecki w wyniku wybuchu wojny liczba tytułów wydawanych we Lwowie z 238 w 1914 roku spadła do 136 w 1915, a rok później do 122. Począwszy od stycznia 1914 roku ukazało się siedem numerów miesięcznika. „Numer sierpniowy – pisał Ludwik Fiszer we Wspomnieniach starego księgarza (Warszawa, 1959, s. 67) – już się nie ukazał z powodu wybuchu wojny. Cały nakład zaginął gdzieś między Krakowem a Warszawą”. Pismo nie zostało reaktywowane po wojnie, jedynie w 1917 roku, nakładem Księgarni E. Wende i spółka w Warszawie ukazał się pod redakcją Stanisława Dzikowskiego numer pamiątkowy.

Numer pamiątkowy, 1917

W „Życiu Polskim” obok artykułów o tematyce krajoznawczo-historycznej, „pamiątek krajowych” – jak wówczas mówiono, (np. prezentacje miast polskich: Krakowa (nr 1), Kazimierza nad Wisłą (nr 7), Lwowa (nr 4) i Warszawy (nr 3)) znalazły się teksty popularnonaukowo-podróżnicze, np. reportaż A. Dobrowolskiego z wyprawy na biegun południowy (nr 1), reportaż o budowie kolei w Afryce (nr 3), czy tekst o badaniach Marii Skłodowskiej-Curie nad radem (nr 1), a także teksty prezentujące artystów (obok Krzyżanowskiego, malarza Teodora Axentowicza, czy aktora Ludwika Solskiego). W każdym numerze zamieszczona była kronika teatralna, informacje o wystawach sztuki oraz przegląd nowości wydawniczych. W odcinkach drukowano powieść Jerzego Żuławskiego Profesor Butrym, oraz cykl Wycinanki warszawskie Kazimierza Wroczyńskiego. Pojawiły się także fragmenty pamiętników Wojciecha Kossaka (nr 2) oraz Stanisława Augusta Poniatowskiego (nr 7). Zainteresowania epoki podyktowały dużą ilość materiałów o charakterze etnograficzno-historycznym. Na przykład cały numer 2 został poświęcony tańcom i zabawom, a numer kwietniowy zwyczajom wielkanocnym. Pismo zamieszczało też sporo materiałów poświęconych Warszawie, o czym piszę tutaj.

Tom z kolekcji Zbigniewa Chomicza zawiera zeszyty 3-7. Jakimś cudem przetrwał on okupację i znalazł się wśród książek, które w pracowni posiadali po wojnie Michalina Krzyżanowska i Henryk Józewski. W dzisiejszych czasach, kiedy zbiory biblioteczne są na masową skalę digitalizowane, a większość gazet i czasopism powstaje od razu w wersji cyfrowej, nawet biblioteki coraz rzadziej korzystają z usług introligatorów by oprawiać tradycyjne papierowe wydania. Jednak całkiem do niedawna takie oprawione roczniki gazet, czasopism, ilustrowanych magazynów były stałym elementem księgozbiorów bibliofilskich, jak i zwykłych domowych bibliotek, a dziś stanowią antykwaryczne rarytasy.

„Życie Polskie” można czytać i oglądać w zasobach Biblioteki Cyfrowej Uniwersytetu Łódzkiego. Numer szósty jest tu zeskanowany wspólnie z siódmym.

* * *

W artykule Jana Kleczyńskiego, który poniżej publikuję, obok informacji biograficznych o Krzyżanowskim oraz żywiołowej i pełnej zachwytu analizy jego obrazów czytelnik znajdzie uwagi o ruchu młodopolskim, a także dygresje o „polskim piekiełku”, zaściankowości, oraz odwiecznym i aktualnym także dziś problemie opierania się i ulegania komercji w sztuce. Oto próbka stylu w jakim Kleczyński pisze o malarstwie Krzyżanowkiego:
„Artysta zabiera, zdobywa cudzą fizjonomię sobie i sztuce polskiej na własność gestami szczerego okrutnika, który ani myśli oszczędzać modela. Taki jesteś – niema rady! – zdaje się mówić, lwimi rzutami pędzla wydobywając na płótnie twój portret, śmiały człecze, który chciałeś mieć miłą pamiątkę rodzinną z własnej podobizny. Jeśli masz zdecydowany charakter w twarzy, to będziesz go miał na portrecie na pewno. Jeżeli masz duszę, to ona tak do ciebie przemówi z obrazu, że zdziwisz się własnej głębi. Ale biada ci, jeżeli masz fizjonomję mdłą, jeżeli masz paskudny charakter, złe oczy, grubiańskie serce. To wszystko zobaczysz na portrecie, choćbyś Konrada Krzyżanowskiego znał przez parę godzin zaledwie. Zamówić u niego portret to poddać egzaminowi nieomylnego psychologa własną duszę. Z obrazu dojrzysz, coś wart, na coś zasłużył.”
Warto zauważyć, że Kleczyński mylił się pisząc w końcowym akapicie swego artykułu: „przypuszczam, że Krzyżanowski, nieubłagany psycholog i poszukiwacz silnych typów, da nam kiedyś dzieła o wstrząsającej wymowie – już nie portrety, ale tragiczne, szerokie kompozycje o jemu tylko właściwym rozmachu. Czy znajdzie tam swój wyraz historja? Być może. Upoważnia do tego wniosku „Jan Kazimierz”, tak mocno pomyślany przez Krzyżanowskiego. Ale osobiście bym wolał, żeby go „wzięło” życie współczesne. Ono czeka cierpliwie, bogate w straszliwe doświadczenia, na swego wyraziciela.” Jak się okazało Krzyżanowskiego nie wzięła ani „historia”, ani „życie współczesne”. Aż do swej przedwczesnej śmierci w 1922 roku pozostał „psychologiem” – coraz wnikliwszym, coraz bardziej czułym i wyrozumiałym, ale nieodmiennie szczerym.

W tekście zachowałem oryginalną pisownię i ortografię. Reprodukcje obrazów pochodzą z Cyfrowego Muzeum Narodowego.

Konrad Krzyżanowski, 1915, źródło: Polona

Jan Kleczyński
Konrad Krzyżanowski


Rozpoczynając szereg sylwet monograficznych malarzy polskich, mamy zamiar posługiwać się w większości wypadków materjałem mało znanym lub niedocenionym należycie. Nie trzymając się zbytnio aktualnych wystaw malarskich, będziemy usiłowali dawać czytelnikom naszym możność wyrobienia sobie sądu o całokształcie działalności naszych najwybitniejszych artystów – co zdaniem naszem daleko więcej jest celwem od łączenia razem dzieł sztuki, nie mających ze sobą bardzo często nic wspólnego.

Wielkiego talentu artysta polski, którego dzieła zakupują do galerji narodowych w państwach kultury, jest w Polsce prawie nieznany. Jakże, by mogło być inaczej? Znudziło się już o tem pisać w każdem wspomnieniu o tylu naszych wodzach w armii sztuki. W każdym życiorysie to samo i to samo aż wyradza się coś w rodzaju cynizmu więźniów, którzy wiedzą, że nic im nie pomoże i o swoich brakach mówią ze szczególnym, zgniłym humorem. Artysta u nas – to rodzaj szaleńca – chyba, że jest lichotą, lub businesmanem, który „umie się postawić”, maluje więc drogie, upiększane, czyszczone, gładzone, różowane, pudrowane, ulizane portrety i żyje syt sławy i dobrobytu.

Wartoby jednak bez humoru, bez wesołych żartów wglądnąć w dusze tych ludzi, którzy lekceważą wszystko, co im zagradza drogę, znoszą głód, chłód, poniewierkę, obojętność głupotę, niezrozumienie nietylko ogółu, ale też nieraz bliższego otoczenia i z uporem manjaków, z siłą woli, wyglądającą na lekkomyślność, lub pozę, żyją tylko sztuką i tylko dla sztuki. To stare – mówicie – znamy to – czyżby? Tyle razy się o tem pisało – i co z tego? Czy się co zmieniło? Bierzmy się do rzemiosł, handlu, przemysłu! Dobrze. Ale ten przemysł, te rzemiosła i.t.d. bez sztuki staną się blade, bezbarwne, międzynarodowe, bez oryginalnego piętna, bez możności podboju na rynkach świata. Jeżeli nie powiemy sobie, że nasza sztuka musi narzucić swoją oryginalność i siłę innym narodom – musi się stać taką potęgą jak grecka, japońska, francuska, włoska, które zdobyły panowanie nad cywilizacją, to wreszcie obracać się będziemy w błędnem kole: będziemy niweczyli naszych artystów, biadając jednocześnie nad tem, że polskość nikomu nie jest potrzebna – nawet Polakom.

Zaczynamy uznawać naszych artystów dopiero wtedy, kiedy większość ich dzieł rozsypała się zagranicą. Jeżeli artysta przez ten czas nie umarł, to czasem któryś z jego utworów dostanie się do naszych galerji, a wtedy do encyklopedji zapisuje się jego nazwisko z życiorysem pełnym żałosnych westchnień.

Dziś coprawda takie grzebanie za życia dzielnych i silnych ludzi jest nieco trudniejsze. Dawniej społeczeństwo gnębiło artystę pojedynczego, który nie tak łatwo znajdował w głuszy polskiej drugiego, o którego by się oparł w chwilach zniechęcenia. Dziś współżycie ich wzajemne jest pełniejsze, barbarzyńskie ataki zaś coraz słabsze, – a to wszystko od czasów, kiedy odświeżyła nasze stęchłe powietrze z małomieszczańskiej śpiączki rewolucja duchowa – Młoda Polska.

Zdarzyło się tak, że temu lat piętnaście powstała u nas cała rzesza ludzi, którzy drażnili za bardzo delikatne nerwy t. zw. przyzwoitego towarzystwa Warszawy, Krakowa i innych naszych stolic, i Ci bezceremonjalni panowie kpili sobie nietylko z wszelkich zasad dotychczasowego wychowania, ale oburzali się także na kiepskie pozytywizmy warszawskie, i na owcze pędy uwielbienia dla miejscowych wielkości w sztuce. W nich to kryła się siła tak bezwzględna, że zupełnie nie można było sobie z nimi poradzić. Licho wie jakim sposobem poznawali się ze sobą i po kilku minutach rozmowy zaprzyjaźniali się na całe życie. Razem znosili wszystkie przejścia, mieli wspólne radości i smutki, żyli jak jedna rodzina. Powodzenie, sława jednego cieszyły każdego z nich na równi. Pracowali zażarcie, każdy inaczej, każdy po swojemu – aby mocno, aby bezwzględnie. Każdy rys słabości, sentymentalizmu, jakiegokolwiek kompromisu, wywoływał w reszcie rodziny niemiłosierne bały moralne. Stać się celem tych drwin szatańskich nie radziłbym nikomu. Nicowano wszelkie wartości, do wszystkiego przykładano najwyższą miarę wymagań. W Młodej Polsce panowało ostre, gorzkie powietrze. Obcy człowiek, który wpadał w to koło odnowicieli polskiego ducha, dostawał zawrotu głowy, uciekał i wołał, że życiu jego grozi poważne niebezpieczeństwo. Ci ludzie musieli zwyciężyć lub zginąć. Kto przeżył czasy tej walki, ten je pamięta, jako szał życia, twórczych myśli, przekleństw, rozpaczy, tryumfów, nadziei, okrucieństw względem siebie i towarzyszów, straszliwych wątpliwości i wybuchów zawziętości na cały świat, który, wołał, że to mafja pijaków, rozpustników, próżniaków, histeryków, obłąkańców, pozerów, kabotynów i t. d. Dokoła „Życia” krakowskiego i warszawskiej „Chimery” krążyły te ptaki wysokiego lotu. Przybyszewski, Artur Górski, Miciński, Kisielewski, Nowaczyński, Brzozowski Stanisław (poeta), Brzozowski Stanisław (filozof), Miriam, Konrad Krzyżanowski, Franciszek Fiszer, filozof niepiszący, niezrównany orator i zapładniacz myśli, którego wpływ na całą tę grupę był wielki. Lemański, Berent, Żeromski i Reymont obcowali również z całym tym zastępem. W Krakowie dodam jeszcze Wyspiańskiego i Stanisławskiego. Chyba dość. Ci ludzie nie potrzebują już żadnych legitymacji. Nic mnie to nie obchodzi, że losy rozrzuciły ich dzisiaj, że w ostrym nastroju bezwzględnych dysput nie wszystkie indywidualności zgodziły się tam ze sobą. Wszyscy oni należeli do jednej armii – był czas, kiedy działali razem.
*
Konrad Krzyżanowski należy do najbardziej nieprzejednanych w Młodej Polsce. Jest z urodzenia despotą, nie znosi oporu. Ze swoich dążeń w sztuce nie ustąpił ani milimetra na rzecz czyichkolwiek wymagań, ani jakichkolwiek teorji. Jego portrety są drapieżne. Artysta zabiera, zdobywa cudzą fizjonomię sobie i sztuce polskiej na własność gestami szczerego okrutnika, który ani myśli oszczędzać modela. Taki jesteś – niema rady! – zdaje się mówić, lwimi rzutami pędzla wydobywając na płótnie twój portret, śmiały człecze, który chciałeś mieć miłą pamiątkę rodzinną z własnej podobizny. Jeśli masz zdecydowany charakter w twarzy, to będziesz go miał na portrecie na pewno. Jeżeli masz duszę, to ona tak do ciebie przemówi z obrazu, że zdziwisz się własnej głębi. Ale biada ci, jeżeli masz fizjonomję mdłą, jeżeli masz paskudny charakter, złe oczy, grubiańskie serce. To wszystko zobaczysz na portrecie, choćbyś Konrada Krzyżanowskiego znał przez parę godzin zaledwie. Zamówić u niego portret to poddać egzaminowi nieomylnego psychologa własną duszę. Z obrazu dojrzysz, coś wart, na coś zasłużył. Tylko nie obawiaj się zbytnio. Ten okrutnik ma serce miękkie. Jeżeli odnajdzie w tobie jakiś poryw, uczucie, to choćby je przygłuszyło życie, on je odgadnie. Portret twój ci zaśpiewa o tobie samym taką pieśń, że wzruszenie zatamuje ci mowę. Ujrzysz własną tragedję, zobaczysz siebie samego w takiej chwili, kiedy bywasz sam z własną tajoną męką, z tem, co w tobie najświętsze – w takiej chwili, w której ciebie nikt nigdy nie oglądał i kiedy napewno nie patrzyłeś w lustro.

A portret będzie tak żywy, że zechcesz z nim porozmawiać, zatęsknisz za tem, aby samemu zawsze mieć tyle życia, ile tam na płótnie. To szalone życie, ten straszliwie mocny wyraz głowy, którą odtworzono z wszystkiemi charakterystycznemi cechami zewnętrzności ten duchowy podkład portretu – wszystko to tak dalece zostawia za sobą wszelkie dzieła naszych najbardziej znanych portrecistów, że Konrad Krzyżanowski nie ma pod tym względem rywali wśród żyjących malarzy polskich.


Konrad Krzyżanowski,
Portret Janiny z Korsaków Dziekońskiej, 1908-1910

Krzyżanowski (wciąż muszę dodawać jego imię: Konrad, bo jest podobno ktoś inny tego nazwiska, podobno również malarz) przeszedł w portretach znaczną ewolucję. Podstawą jego twórczości zawsze była duchowa treść człowieka. Aby ją wyrazić, mniej dbał o barwność kolorytu, wyrażał wszystko skurczem twarzy, blaskiem oczu, postawą – jednem słowem dbał o wyraz, nie o harmonję barw. Teraz do poprzednich zalet doszła troska o tę harmonję, układ obrazu jest spokojniejszy, artysta tworzy kompozycję zarówno piękną w kolorze, jak w linjach.

To ostatnie najbardziej zadziwia u artysty, który nie szedł drogą, wskazaną przez Wyspiańskiego lub Gauguin’a. Krzyżanowski nie hołduje czystemu rysunkowi, wyszedł z realizmu, linji nie lubi, bo ta w naturze nie istnieje. Tworzy odrazu bryłę, maluje szerokimi nieomylnymi rzutami pędzla, ideałem jego jest Velasquez. Jego krwisty temperament czuje się najswobodniej w tem tworzeniu odrazu wszystkiego. Nie lubi, jeżeli np. uczeń jego „odrutuje twarz” linjami. To jest dla niego manierą. Namiętnością jego w sztuce jest tworzenie dyszącej życiem i lśniącej barwami rzeczywistości, prawdziwego, bryłowatego ciała, rozgorzałych oczu, żywą krwią nabrzmiałych warg, lub niemiłosiernie pooranej starczemi bruzdami zwiędłej twarzy. Stara się wchodzić w głąb natury, nie ma instynktu do ujmowania jej w stalowe nici, w „druty” rysunku. Chce ujrzeć stworzone przez siebie to samo życie, które tak głęboko odczuwa, ujarzmić je ciosem w samo serce przez żywe ciało. Rzecz dziwna, że tą drogą doszedł do kompozycji, w których linja stanowi bardzo wiele – jak np. w portrecie kobiety, siedzącej na kanapie obok psa. Linja jej wysmukłego ciała jakże żywa, piękna i wykwintna! Doszedł do linii przez bryłę. Czy to nie wszystko jedno nawet dla tych, którzy uznają tylko czysty, arealny rysunek?
*
Konrad Krzyżanowski pochodzi ze starej szlachekiej rodziny polskiej herbu „Świnka”, zamieszkałej dawniej w województwie sieradzkiem. Urodził się dn. 15-go lutego r. 1872 w Kremieńczugu. Rysować zaczął bardzo wcześnie, bo już w drugiej klasie gimnazjum, do którego uczęszczał w Kijowie. Przeniósłszy się w r. 1892 do Petersburga, wstąpił do tamtejszej akademii sztuk pięknych jeszcze za czasów panowania kierunku klasyczno-akademickiego, zmienionego dopiero przez Riepina i Kuindżiego w r. 1894-5. Warunki istnienia w tych latach były dla młodego artysty bardzo ciężkie. Za dnia pracował w izbie skarbowej, rysował tylko wieczorami, według pedantycznego planu z owych lat – tylko z gipsu. Można sobie wyobrazić, jakie męki przechodził ten wybuchowy temperament, stworzony do malowania szerokiemi plamami, do tworzenia żywych ludzi i żywych wrażeń z natury, kiedy musiał ślęczyć nad przerysowywaniem odwiecznych kultur, tak odmiennych od współczesnej. Dzisiaj wiadomo już, że przerysowanie rzeźby greckiej jest czemś o wiele trudniejszem od rysowania z natury. Uchwycenie subtelności stylu greckiego, t. j. tej wiekami urobionej krystalizacji greckiego odczuwania natury, greckiej wyobraźni, greckiego ideału piękna, wymaga mistrzowstwa w rysunku, któryby umiał uchwycić cały wdzięk i płynność linii i całą głębię wyrazu pozornie spokojnych i „martwych” postaci rzeźby greckiej – przy jednoczesnem zaznaczeniu prawdziwie martwego, bezbarwnego materjału, jakim jest gips. Im wrażliwszym jest młody talent, tem bardziej musi się łamać z odtworzeniem tych sprzeczności, z któremi nie może sobie dać rady, a tu serce ciągnie go ku życiu, nie zaś do wykonywania mistrzowskich coups de force.

Dodajmy, że akademikom nie wolno było brać do ręki farb. To też reforma akademii petersburskiej za Kuindżiego i Riepina stała się dla Konrada Krzyżanowskiego wyzwoleniem. W lecie r. 1894-5 wyjechał na studja na Ukrainę i przywiózł ztamtąd 60 szkiców, niesłychanie śmiało malowanych, które wzbudziły zachwyt Kuindżiego. Obnosił je po akademii, pokazując: tak malować należy. Odtąd, choć Krzyżanowski nie był uczniem Kuindżi’ego, jednak nieraz korzystał z jego rad, zasilany również światłemi radami Dalkiewicza, pracował zaś pod bezpośrednim kierunkiem profesorów Twarożnikowa i Lebiediewa.

Trwało to tylko do r. 1896, kiedy nastąpił wielce charakterystyczny dla stosunków petersburskich epizod. Krzyżanowski wszedł do kancelarji i obecnemu tam urzędnikowi zaczął tłomaczyć istotę jakiejś sprawy, dotyczącej jednego z kolegów. Przerwano mu zwróceniem uwagi, że źle stoi wobec „naczalstwa” i zakończono żołnierskim zwrotem:
– Ruki pa szwam!
Krzyżanowski spokojnie odpowiedział, że nie wie, jak się to robi. Skutkiem tego „zuchwalstwa”, które oparło się o rektora akademii, Tomiszkę, było to, że nietylko Krzyżanowski, ale wszyscy Polacy usunęli się z akademii, a wraz z nimi ustąpił wtedy również oburzony koszarowem traktowaniem młodych artystów, Kuindżi. Następne cztery lata Krzyżanowski był uczniem Hollosy’ego, spędzając lato w jego szkole w Nagy-Banja na Węgrzech, zimę zaś, również pod jego kierunkiem – w Monachjum.

Otoczony już sławą wielkiego talentu przyjechał do Warszawy, gdzie jednak wobec wszechwładnego panowania miernot, laurów sobie nie przysporzył. Uznawała zdumiewającą siłę jego portretów tylko Młoda Polska – i garść młodzieży, którą przyciągnął ku sobie, założywszy własną szkołę. Później do r. 1904 był profesorem w warszawskiej szkole Sztuk Pięknych, która stała się dla malarstwa Warszawy tem, czem „Życie” dla Krakowa i całej Polski.

A potem znów wyjechał zagranicę – i Warszawa, która nic nie chciała o nim wiedzieć, póki tu, na miejscu pracował, musiała o nim usłyszeć jako o „szerzycielu sławy polskiego imienia” – i dziś już się pisze o Konradzie Krzyżanowskim z szacunkiem, jaki się ma dla zagranicznej marki. Krzyżanowski dostał w Monachjum za portret złoty medal, a w Rzymie, podczas wystawy jubileuszowej z powodu 50-letniej rocznicy zjednoczenia Włoch, „Galerja Nationale” (włoskie muzeum narodowe) zakupiła inne jego dzieło. Wreszcie irlandzkie muzeum narodowe w Dublinie nabyło do stałych zbiorów dwa jego studja rodzajowe.
*
Scharakteryzować artystę, który znajduje się w pełni rozwoju i twórczych przeobrażeń, jest niezmiernie trudno. Jak każdy wielki oryginalny, nikogo nie naśladujący talent, Krzyżanowski w każdem swojem dziele daje coś nowego, i wogóle jego twórczość lat ostatnich, bardzo kolorystyczna i harmonijna jest niespodzianką dla tych, którzy oglądali jego pierwsze dzieła. Niespodzianką również jest jego kopja obrazu jakiegoś starego mistrza, kopja tak znakomita, że podobnej, równie silnie w barwach i rysunku utrzymanej, jeszcze nie widziałem. Jest to po-prostu odświeżenie oryginału. Niepodobna było przypuścić, że ten despotyczny indywidualista, który, zdawałoby się, nic nie widzi poza swoją intuicją, poza własnym nakazem wewnętrznym, poza własną techniką, tak potrafi się wżyć w cudze dzieło.

Wreszcie ci, którzy narzekali w zupełnie zresztą śmieszny sposób na „ciężkość” jego malowania, co było tylko potęgą – zadziwiają się, ujrzawszy, jak lekko zrobił portrety kilkunastu prześlicznych mumij, mistrzowsko narysowane i niesłychanie subtelne w barwie. Te żywe mumje o nadzwyczaj ciekawych wyrazach są arcydziełami.

Nie wiem więc, dokąd zajdzie ten świeży, mocny talent, ten człowiek, który nigdy nie zrobił ustępstwa dla efektu, lub poklasku. To mogę stwierdzić, że portrety jego, nie odchodząc od pierwotnego założenia odtwarzania duszy człowieka, nie tracąc nic na sile wyrazu, stają się coraz bardziej realnemi ciałami z krwi i kości, o coraz większem bogactwie barw i piękności linii. Zresztą nie same portrety maluje Krzyżanowski. Jego pejzaże, szeroko malowane, wrażeniowe, mają tę samą siłę ujęcia, tę samą duchowość nastroju, co portrety, jego studja są ciekawe oświetleniami, głębią powietrza, stanowczością barw.

Nagrodzony złotym medalem portret starej kobiety, porównałem już raz do opisu Balzac’a i nie mam obecnie lepszego określenia. Bezwzględna siła charakterystyki jest tutaj czemś wyjątkowem, nie spotykanem nietylko u nas, ale też u żadnego z malarzy europejskich.

Brutalne głowy Lentza, właśnie dlatego, że ujęte brutalnie, nie zaś tak szlachetnie szczerze i mocno jak u Krzyżanowskiego, wydają się pochlebstwami wobec tego dziwnego naturalizmu, poza którym kryje się głębia poezji. To mocne życie, które wyziera ze zwiędłego pomarszczonego ciała przez prawie umarłe oczy w obwisłych, zaczerwienionych powiekach, ma w sobie grozę i piękno. Ciało już prawie nie żyje, trzyma je tylko duch, „jak ognia słup”. Wydaje się, patrząc na obraz, że gdyby nie te oczy, ciało rozsypałoby się w proch. Uchwycona tu jest tajemnica i tragiczność istnienia, opowiedziana rzecz bardzo prosta i straszliwa.

Portret własny Krzyżanowskiego skromny i wymowny należy do jego najlepszych utworów. Widać że te ogniste i silne oczy nie skłamią, że ten spokój w całej postaci wytworzyła siła woli, która poprowadzi artystę coraz wyżej. Patrząc na portret, a znając wybuchowość autora, rozumie się istotę talentu: jest nią szczególny dar skupiania się, opanowywania wyobraźni, uczuć, wrażeń, techniki... Portret Dagny Przybyszewskiej robiony w r. 1901 można by przesunąć w dni dzisiejszego rozwoju talentu Krzyżanowskiego. Koloryt jej twarzy jest poematem barw. Rumieńce jej są delikatną łuną serca, usta oddychają, cała postać królewsko, a więc spokojnie dumna, a lekka wysmukłością tuberozy. W jej oczach kryje się zimny blask włoskiego sztyletu z błękitnej stali, a widać jednocześnie, że te oczy umieją rozgorzeć, że ukrywają coś... Namiętność? Złą siłę? Pustkę duszy? Rozpacz? – Niewiadomo. Są zagadkowe i niepokojące.

W każdym portrecie życie, więc w każdym tajemnica. Niektóre szkice portretowe Krzyżanowskiego wprost przerażają mocą wdzierania się do dusz portretowanych. Takim jest naprzykład portret Przybyszewskiego na czele jednej z jego książek. Prawie karykatura – a taka siła wyrazu, że oczy portretowanego ścinają serce zimną grozą piekielnej, bezlitosnej melancholii.

Ten portrecik–szkic Przybyszewskiego jest dlatego tak charakterystyczny, że Krzyżanowski obnażył w nim najbardziej swój wulkaniczny, coraz bardziej opanowywany temperament. Twarz modela jest tutaj wprost zgwałcona przez artystę, a jednak nikt ze znających genjalnego twórcę „Nad morzem” nie omyli się, kogo ten szkic ma wyobrażać. Jest tu wściekły impet, niepohamowany napad na własne dzieło. Robiony piorunującymi rzutami pędzla, z gorączkową szybkością czy zawziętością. Takim jesteś – takim cię widzę, masz! – masz! – zdaje się krzyczeć ten szkic nieubłagany, omal nie paszkwil, choć pełen dzikiej miłości.

Każda moc wewnętrzna, każda bujność, oryginalność, choćby tylko w rysach zewnętrznych, każdy ból, aby silny, aby nie rozmazujący się, wszystko, co jest krzepką poezją w człowieku, porywa Krzyżanowskiego, wlewa mu w żyły ogień natchnienia, nad którego pałacem tchnieniem pracuje pokonywując kilku sztrychami szatańskie trudności techniczne.

W każdym z jego portretów gra rolę wyobraźnia. Dawniej – temu lat piętnaście – ta wyobraźnia wprost mu zakrywała modela, który oglądał siebie samego na portrecie ze zdumieniem, jak silne nim targają szaleństwa. Dzisiaj model syntetyzuje mu się już zupełnie z tern, co sobie o nim wyobraża, choć wiele w Krzyżanowskim z Matejki, który mawiał, że portretuje ludzi nie takimi, jacy są, lecz jakimi powinni być. Zdrowy realizm Krzyżanowskiego nie pozwala już sobie na tę swobodę. Despotyzm jego nie przeszedł w kabotynizm. Wyobraźnia oparła się o rzeczywiste wrażenia i buduje trwale, od fundamentów.


Konrad Krzyżanowski, Portret Pelagii Witosławskiej, 1912

Nie poszedł drogą czysto wrażeniowych kaprysów, nie rozprzęgła mu się twórczość w pogoni za siłą kosztem prawdy. Portrety Pytlińskiego, Słońskiego, damy w czerwonej sukni, portrety żony, tak harmonijne w barwie i linji i wszystkie wyżej cytowane dowodzą tego wymownie. W epoce największej, że tak powiem, samowoli, Krzyżanowski znajdował w sobie granicę, której przekraczać nie pozwalał mu instynkt wielkiego talentu, mającego w sobie wyraźne, na wieczne czasy wryte w pamięć wrażenia realne.

I to go uczyniło wielkim artystą, artystą nawskroś polskim, rodzonym bratem tych „młodych polaków”, którzy potęgą talentów, śmiałością i tęgością charakterów wypowiedzieli wojnę wszelkim mydlarstwom, obłudom i fałszywym wstydom w sztuce polskiej, i wogóle w umysłowości polskiej. A choć to jeszcze nie wszędzie zwyciężyło, to jednak niezaprzeczenie weszło już w życie polskie i nic tego szlachetnego kruszcu z naszej kultury nie usunie. „Wielbią” jeszcze po kurjerkach Ludomirów Janowskich, Mordasewiczów, Styków, Rapackich, i t. d. ale ludzie kultury mają na te głosy już uszy zamknięte, i otwierają usta po to tylko, aby drwić z tych „dzieł”, sporządzonych narzędziami fryzjera. To, co rzetelnie polskie duchem, a więc co śmiałe i zdobywcze zatryumfowało nad niedołęstwem i handlarskiem schlebieniem akulturalnej przeciętności.

Śmiałość ataku, moc natchnienia, a jednocześnie jasność wyobraźni i łacińskiej kulturze właściwa moc opanowywania się – moc orlego wzroku wikingów – to są cechy polskości, te są również cechami Konrada Krzyżanowskiego. A choć szedł inną drogą niż Wyspiański, co brał naturę za łeb i trzymał w żelaznych pętach swego boskiego rysunku, to on, Krzyżanowski, przystępując do niej z wnętrza, przedzierając się od środka przez wulkany i lasy do jej skalnych zrębów, chwycił je mocno i wszedł na otwarty gościniec krokiem władcy.

Nie robię porównań „wielkości”. Wiemy wszyscy, kim był Wyspiański, Ale nie sądźcie, aby wielki talent – i wogóle talent – różnił się znów tak zasadniczo od genjuszu. To są stopniowania zbyt subtelne, aby o nich mówić. Kiedy się charakteryzuje, mówi się „wielkiemi plamami”...
I dlatego przypuszczam, że Krzyżanowski, nieubłagany psycholog i poszukiwacz silnych typów, da nam kiedyś dzieła o wstrząsającej wymowie – już nie portrety, ale tragiczne, szerokie kompozycje o jemu tylko właściwym rozmachu. Czy znajdzie tam swój wyraz historja? Być może. Upoważnia do tego wniosku „Jan Kazimierz”, tak mocno pomyślany przez Krzyżanowskiego. Ale osobiście bym wolał, żeby go „wzięło” życie współczesne. Ono czeka cierpliwie, bogate w straszliwe doświadczenia, na swego wyraziciela.

„Życie Polskie”, nr 6, 1914

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz